FAKTY

12 lat temu odeszli na wieczną służbę

26 marca 2007 roku od kul więziennego strażnika zginęło trzech policjantów: sierż. sztab. Wiktor Będkowski, mł. asp. Andrzej Werstak (pabianiczanie) i sierż. Bartłomiej Kulesza. Oto wspomnienie, jakie zamieszczono na profilu „Policyjny Memoriał”:

To byli policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Samochodową Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. 26 marca 2007 r. w trakcie konwojowania aresztanta funkcjonariusze z niewyjaśnionych powodów zostali ostrzelani przez strażnika więziennego. Dwóch policjantów zginęło na miejscu, trzeci zmarł w szpitalu.

Taka wiadomość doszła do nas wszystkich: “Trzech policjantów nie żyje, a aresztant, po którego przyjechali, w stanie ciężkim przebywa na oddziale intensywnej opieki medycznej – to tragiczny bilans wydarzeń, do jakich doszło rano na terenie więzienia w Sieradzu. Strzały z wartowniczej wieży oddał Damian C., 28-letni strażnik (6 lat pracy w więziennictwie)”.

Strzały padały seriami

Damian C. przyszedł do pracy tradycyjnie na godz. 6 rano. Przywitał się z kolegami i przełożonym. Przebrał się w mundur, pobrał broń i poszedł na swoje stanowisko – wieżyczkę wartowniczą przy głównej bramie wjazdowej. 2,5 godziny później, około 8.30, z terenu więzienia wyjeżdżał nieoznakowany policyjny fiat stilo. W samochodzie było trzech policjantów: sierż. sztab. Wiktor Będkowski, sierż. Bartłomiej Kulesza i mł. asp. Andrzej Werstak oraz aresztowany kilka dni wcześniej przestępca z gangu samochodowego. Policjanci mieli przewieźć mężczyznę na przesłuchanie do Łodzi.

Gdy samochód zatrzymał się przed bramą – nagle z wieżyczki padły strzały z broni maszynowej. Przez szyby i dach kule śmiertelnie raniły policjanta, który siedział za kierownicą. Drugi z funkcjonariuszy sięgnął po swoją broń, ale pocisk przeszył mu klatkę piersiową. Trzeci funkcjonariusz i aresztant zostali ciężko ranni.

Na miejsce błyskawicznie przyjechali policyjni negocjatorzy, psychologowie i antyterroryści. Jednak desperat nie chciał rozmawiać z negocjatorami. Zamknął się w wieżyczce i od czasu do czasu ostrzeliwał. Policja zamknęła drogę krajową z Łodzi do Wrocławia. W pobliżu więzienia nikt nie miał prawa się poruszać. Schowani byli również lekarze ratownicy.

– W takich sytuacjach nie możemy interweniować. Zabraniają nam tego przepisy, bo w każdej chwili napastnik mógł nas zastrzelić – mówił Andrzej Wiśniewski, ordynator oddziału ratunkowego. – Ranni leżeli ponad 20 minut, zanim strażnik kogoś do nich dopuścił.

Negocjatorzy przekonali Damiana C., by zezwolił ratownikom podejść do rannych. Wtedy w stroje pracowników pogotowia przebrali się policjanci. Dotarli do rannych i udało im się ich przenieść za róg jednego z budynków, gdzie byli poza zasięgiem szaleńca. W tym samym czasie antyterroryści nawoływali, by napastnik wyrzucił broń przez barierki. Damian C. nie posłuchał i nie poddał się. Doszło do strzelaniny. Dopiero gdy oberwał w ramię, odrzucił broń. Wtedy został obezwładniony.

Tacy byli

Drugiego takiego jak Wiktor to ze świecą szukać. Potrafił każdego rozśmieszyć. Rozbrajał poczuciem humoru. A bałaganiarz z niego był, że hej! Można było się pogubić w tych jego papierach, ale on zawsze wiedział, gdzie co ma. I dobrze robił. Dociekliwy był. Fantastycznie kojarzył wątki w sprawach. Angażował się. Nawet jak nie musiał gdzieś jechać, to jechał. Zależało mu. Pamiętacie jego powiedzonko? Wchodził do pokoju i mówił: “Mam takie małe pytanko”. Często tak mówił. A jak chciał, żeby jego psa przeszkolić do wykrywania narkotyków? Pamiętacie? Posokowca miał. I rybki. Na paralotni latał. We wrześniu miał zacząć studiować prawo.

A Andrzej? Siła spokoju. Opanowany. Czasem aż za bardzo. A może nie za bardzo? Może tak trzeba. Udzielał się ten jego spokój wszystkim. Bo on do wszystkiego podchodził bez nerwów, powoli. A jak działał, to szybko. Bardzo szybko. No i był najbardziej kulturalną osobą na świecie. U nas zasady dobrego wychowania czasem szwankują. A u niego? Nie szwankowały nigdy. Bo on lubił ludzi. Pomocny był. Nie tam, że w służbowych sprawach pomagał. Prywatnie. Mało jest takich ludzi.

Pamiętacie tę sprawę, co facet ukradł samochód z 5-letnim dzieckiem w foteliku? Bartek przy niej pracował. Jak się koleś zorientował, że w środku jest dziecko, to auto porzucił. No i dzięki Bartkowi udało się złodzieja namierzyć. Znał się chłopak na robocie. Miał łeb na karku. I dopiero czwarty rok był w Policji. Wystarczyło na niego spojrzeć i już człowiek widział, że ta robota to jego pasja. On tym żył. Ale nie był żadnym macho. Cholernie nieśmiały. Prawda? I skromny. Ugrzeczniony bardzo. A pamiętacie, jak zatelefonował do szefa i zapytał, czy może wyjść wcześniej z pracy?

***

Funkcjonariusze, którzy zginęli na służbie to:

31-letni sierżant Bartłomiej Kulesza, w policji od 2003 roku, służył w Wydziale do Walki z Przestępczością Samochodową Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi;

32-letni młodszy aspirant Andrzej Werstak, w policji od 1996 roku, służył w Komendzie Powiatowej Policji w Pabianicach, skąd był oddelegowany do Wydziału do Walki z Przestępczością Samochodową Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi;

40-letni sierżant sztabowy Wiktor Będkowski, w służbie od 1996 roku, służył w Komendzie Powiatowej Policji w Pabianicach, skąd był oddelegowany do Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.

(źródło: Policyjny Memoriał)