FAKTY KRUCHTA

Co powiedział ks. Isakowicz-Zaleski w Pabianicach? [VIDEO]

Premier Szydło powinna zdymisjonować ministra spraw zagranicznych Witloda Waszczykowskiego – zaapelował ks. Isakowicz-Zaleski na spotkaniu w Pabianicach (zobacz video).

Kresowian zabito dwa razy

Raz ciosami toporem, drugi raz przez przemilczenie – twierdzi Wojciech Smarzowski, reżyser filmu „Wołyń”. I, niestety, ma rację. Poprawność polityczna skazała ofiary ludobójstwa na zapomnienie. Nie mówiło się o nich, nie pisało, przynajmniej oficjalnie. Większość nie ma nawet grobu, a po spalonych wioskach nie pozostał żaden ślad. Dzisiaj jednak wiemy, że zapomnieć się nie da, tym bardziej po premierze „Wołynia”. Poza tym są jeszcze ludzie, którzy ciągle głoszą prawdę, jak ks. Isakowicz-Zaleski, który w czwartek, 10 listopada, po raz kolejny odwiedził Pabianice. Wiedzę, którą przekazał podczas swojego wystąpienia, można uznać za najbardziej elementarną: przyczyny, sprawcy, przebieg ludobójstwa. Tym razem w kontekście filmu „Wołyń”. Po jego premierze nie sposób już twierdzić, że się nie wie, że się nie słyszało.

Pierwsze zbrodnie na Wołyniu miały miejsce już we wrześniu 1939 r., ale największe ich nasilenie nastąpiło po powstaniu UPA – „Ukraińskiej Powstańczej Armii” – w październiku 1942 r. W ciągu siedmiu-ośmiu lat z rąk banderowców zginęło około 150-200 tys. bezbronnych Polaków, głównie kobiet, dzieci i starców, ponieważ, jak ksiądz później wyjaśnił, większość mężczyzn została wywieziona na Sybir albo do Niemiec na roboty.

Najważniejsi inicjatorzy ludobójstwa, Stepan Bandera i Roman Szuchewycz, są dzisiaj oficjalnie czczeni na Ukrainie jako bohaterowie. Tymczasem ich droga do „niepodległej Ukrainy” była drogą zbrodni i kolaboracji – zarówno z sowietami, jak i z Niemcami. Ludobójstwo mieli wypisane na sztandarach – czerwono-czarna flaga, którą było widać na Majdanie i którą do dziś posługują się neobanderowcy, oznacza ziemię i krew. „Ukraińska ziemia” ma być wolna po wymordowaniu żyjących tam Polaków. Żyjących wcześniej z Ukraińcami w zgodzie, jako z sąsiadami, członkami rodziny. Eliminacja „wrogów” odbywała się przy wsparciu duchownych grekokatolickich, którzy w otoczeniu swastyk święcili narzędzia zbrodni – widły, topory, piły. Morderstwa z ich użyciem były szczególnie okrutne – tak nie zabijali nawet Niemcy czy sowieci. W filmie Smarzowskiego znajduje się scena, która budzi kontrowersje. Oto bohaterka, uciekając przed banderowcami, szuka schronienia wśród szpaleru Niemców. Okupanci oczywiście nie mieli powodu, aby pomagać Polakom, ale znajdujący się wśród nich np. Ślązacy czasami to robili. Później zresztą niejedna rodzina prosiła o wywiezienie na roboty do Niemiec, dzięki czemu ocalała.

W drugiej części spotkania duchowny odpowiadał na pytania z sali. „Czy rzeczywiście można nazywać banderowców nacjonalistami, a nie szowinistami?” – ksiądz zgodził się, iż szowinizm jest właściwszym określeniem, choć wyznawcy Bandery sami nazywają się nacjonalistami. „Jak to się stało, że Polacy nie byli w stanie obronić się przed atakującymi bandami?” – oczywiście samoobrona istniała, m.in. zorganizowana przez Henryka Cybulskiego we wsi Przebraże. Uciekło tam 25 tys. Polaków (różne źródła podają inne dane). Broń kupowano za bimber od Niemców, zdobywano na banderowcach. Podobne oddziały powstawały samorzutnie w innych wsiach, niestety bez udziału Armii Krajowej. Inaczej było w Małopolsce Wschodniej, gdzie mieszkało więcej Polaków i broniły ich już oddziały AK. Choć ze względu na zaskoczenie, nie zawsze się to udawało. Poza tym, żeby dobrze walczyć z wrogiem, trzeba wroga rozumieć, a tu, zdaniem księdza,  zabrakło zrozumienia, z jak niebezpiecznym wrogiem mieli do czynienia.

Nie zabrakło pytań dotyczących współczesności – „Czy warto np. pożyczać pieniądze bankrutowi, jakim jest Ukraina?” – Isakowicz jest zwolennikiem niepodległej Ukrainy, ale nie za wszelką cenę. Nie za cenę pamięci o Kresach. Poza tym dzisiaj Ukrainą rządzą oligarchowie, ludzie bardzo bogaci, a z pomocy humanitarnej, jaka jest tam kierowana, tylko 8% dociera do potrzebujących. Ostatnio UE zmusiła oligarchów, aby ujawnili swój majątek. Najbardziej dla księdza zaskakujące było oświadczenie prezydenta Ukrainy, który obiecywał, że sprzeda majątek, a po dwóch latach ma jeszcze większy. W zeznaniu zaś napisał, że na swoje drobne wydatki w domu trzyma pół miliona dolarów. Jeżeli się daje komuś pieniądze, to trzeba wiedzieć, komu się daje. A zatem pożyczka Ukrainie tak naprawdę jest darowizną.

Gościa zapytano o komentarz do dwutorowości polityki polskiej, która polega na tym, że dla kresowian, dla Polaków robi się co innego, a co innego robi się w polityce zagranicznej. Z jednej strony mamy wspaniałą uchwałę podjętą przez sejm i senat, a z drugiej deklarację prezydenta Polski i Ukrainy o bezalternatywnym popieraniu Ukrainy przez Polskę. Niejako odpowiedzią na film Smarzowskiego jest z kolei deklaracja sejmu o współpracy, utrzymana w podobnym tonie, co poprzednia.
Moja krytyka polityki polskiej wobec Ukrainy wynika z tego, że nie wierzę, że po stronie ukraińskiej są dobre intencje. W Polsce panuje takie przekonanie, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem, ale to fałszywe przekonanie. Ukraina oczywiście chce brać od Polski pieniądze i broń, ale polska polityka zagraniczna jest tragiczna, skrajnie proamerykańska, na zasadzie: co Amerykanie powiedzą, to Polacy stoją na baczność. Ksiądz nie jest przeciwnikiem Ameryki, ale uważa, że jednej podległości nie można zastępować inną. Tymczasem bardziej proamerykańskiego rządu w Europie nie ma, każdy w jakiś sposób dba o własne interesy. Współpraca z Ukrainą powinna się odbywać na realnych warunkach i nie może to być bezkrytyczne popieranie prezydenta Poroszenki, który prowadzi wojnę z Rosją, ale w Rosji ma swoją fabrykę czekolady. Ksiądz nie wierzył, że wybory prezydenckie w Ameryce wygra Donald  Trump. Ale skoro wygrał, może się okazać, że amerykańska polityka wobec Ukrainy ulegnie zmianie, a my zostaniemy z rozłożonymi rękami… Dlatego najpierw trzeba dbać o swoje interesy. W Kijowie potrzebujemy twardego negocjatora, a w Warszawie nowego ministra spraw zagranicznych, bo obecny zupełnie nie reaguje na skandaliczne zachowanie strony ukraińskiej.

Pytano też o kwestię pojednania i przebaczenia w relacjach polsko-ukraińskich. – Aby otrzymać przebaczenie, należy spełnić określone warunki, jak przy spowiedzi: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu. Jak na razie żaden z tych warunków nie został spełniony. Zadośćuczynienie natomiast nie ma polegać na wypłatach odszkodowań. Chodzi o to, aby ci pomordowani mieli chociaż groby, krzyże. My nie jesteśmy skłóceni z Ukraińcami, tylko z ideologią banderowską – mówił duchowny.

Na końcu poruszono wątek lokalny – Pabianice podpisały niedawno umowę o partnerstwie z Kuzniecowskiem, miastem, które czci banderowców. Isakowicz-Zaleski uważa, że trzeba się cenić, nie można się tak sprzedawać za czapkę gruszek. Są miasta na Ukrainie, gdzie Bandera nie jest bohaterem narodowym i takich trzeba szukać. Ukraina ma przecież bogate tradycje Rusi Kijowskiej, ma Symona Petlurę, Ukraińców, którzy ratowali Polaków, narażając własne życie.

Marzena Zawodzińska



Przeczytaj recenzję filmu “Wołyń” autorstwa Adama Śmiecha.

 „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego wywarł na mnie wielkie wrażenie, które wymaga stosownego komentarza. Uwaga wstępna dotyczy tego, że czym innym będzie ten film dla człowieka, który nie wie nic (bądź niewiele) o ludobójstwie na Wołyniu, a czym innym będzie dla ludzi, którzy przeczytali na ten temat wiele książek i relacji tych, którzy przeżyli. Bo to jest film nie o tym, kto, kiedy, jak i dlaczego. Nie ma tu dat, nazwisk przywódców, przedstawienia struktur. Naturalnie, koło historii toczy się obok bohaterów i porywa ich bez pytania o zdanie, i widz domyśla się, co (i kiedy) się właśnie dzieje na jego oczach – pod warunkiem, że zna podstawowe fakty dotyczące przebiegu II wojny światowej na ziemiach polskich. To, co widzieliśmy oczyma wyobraźni, teraz oglądamy jako „ruchome obrazy”. To zasługa i scenariusza (także autorstwa reżysera), jak i pisarza Stanisława Srokowskiego, na którego twórczości filmową historię oparto.

To film przede wszystkim o tym, jak lata 1939-43 wyglądały z punktu widzenia zwykłego polskiego mieszkańca tych terenów – zazwyczaj chłopa. Oczywiście pewne elementarne informacje o naturze szowinizmu ukraińskiego musiały zostać przekazane, ale dzieje się to przy pomocy tzw. przebitek, w których narracja odchodzi od punktu widzenia polskich włościan na rzecz właśnie ukazania ważnych fragmentów historii nakręcających spiralę tragedii (np. galicyjscy emisariusze OUN na Wołyń, działający jeszcze przed wojną i podkręcający miejscowych Ukraińców do nienawiści wobec Polski i Polaków; recytacja przez banderowców przy ognisku tzw. dekalogu ukraińskiego nacjonalisty; osoba oszalałego z nienawiści księdza grekokatolickiego, święcącego narzędzia mordu – siekiery, cepy, noże).

Ale przede wszystkim to narracja prowadzona oczami polskich chłopów, zagubionych, nie wierzących w to, co się dzieje dokoła i nie mających do końca pomysłu na ratunek. To także dramatyczna nieobecność AK, wynikająca głównie z braku i słabości polskiej inteligencji na tym terenie (nieduża ilość już przed wojną, a potem wywózki w głąb ZSRR). Nie ma też pokazanych zorganizowanych samoobron polskich wsi (choćby Przebraża, Rybczy). Podobno zabrakło pieniędzy na nakręcenie tych scen. Smarzowski wybrnął z tego w ten sposób, że film w istocie kończy się, jak można domniemywać, na lipcu 1943 r., zatem nie ma już w nim miejsca na tworzące się dopiero wówczas samoobrony, ani tym bardziej na ocalenie (tak, ocalenie), które przychodzi wraz z nadejściem Armii Czerwonej w 1944 r.

Wrogowie zdefiniowali polskość jako zagrożenie, które należy eksterminować, wyrżnąć. Widzimy jak chłopi nieudolnie próbują się bronić przed rozszalałym szowinizmem ukraińskim, jak brakuje im przewodnika. Inteligenci przemykają przez film jak efemerydy. To księża, to kapitan Zygmunt Krzemieniecki wzorowany na poecie i orędowniku jedności polsko-rusińskiej Zygmuncie Janie Rumlu, rozerwanym końmi podczas próby „negocjacji” z banderowcami. I tyle. Oczywiście mąż głównej bohaterki (niechciany, małżeństwo zaaranżowane przez ojca) jest kimś w rodzaju ćwierć- czy półinteligenta (jest kapralem WP, sołtysem), potrafi przeczytać łacińską modlitwę pogrzebową, kiedy zabraknie już księży. Generalnie jednak mamy do czynienia z zagubioną polską masą. Nie jest to zarzut, przeciwnie, znając setki relacji z tamtych czasów, stwierdzam, że to obraz bardzo prawdziwy. „Wołyń” pełni jeszcze jedną, bardzo istotną rolę – oczyszczającą. Mówi nam, jak było na Wołyniu, oczyszcza polską pamięć z kłamstw, półprawd i naleciałości.

Słowo o kreacjach aktorskich. Tradycyjni aktorzy Smarzowskiego, Arkadiusz Jakubik i Jacek Braciak, potwierdzają klasę. Świetni są aktorzy grający Ukraińców, w szczególności odtwarzający rolę emisariusza OUN Bohdana, późniejszego policjanta w służbie niemieckiej, sołtysa – wyjątkowej kanalii wysługującej się z równym entuzjazmem Sowietom i Niemcom, wreszcie ukraińskich braci rozdartych nienawiścią, których los jest przesądzony bez względu na dokonane wybory. Wszystkich przebija jednak Michalina Łabacz grająca główną bohaterkę. Jakie szczęście, że jest debiutantką i nie musieliśmy jej oglądać wcześniej w tasiemcowych serialach tv. Młoda aktorka jest autentyczna, nie szarżuje, buduje swoją postać spokojnie, począwszy od zakochanej nastolatki przed wojną, której młodość zostaje brutalnie przerwana ustaleniami matrymonialnymi ojca, poprzez zahukaną młodą żonę z dwójką dzieci męża z pierwszego małżeństwa, z wymagającą, nieprzyjemną teściową, wreszcie z samym niechcianym mężem, z którym ma bardzo trudny kontakt ze względu na okoliczności zamążpójścia i na różnicę wieku, aż po silną kobietę – matkę i gospodynię, podejmującą wyzwanie tragicznych czasów (zostaje sama z trójką dzieci wobec ogromu zbrodni).

Na odrębne zdanie zasługuje atmosfera filmu, za którą odpowiada niemal całkowity brak muzyki w tle. Pojawia się ona jedynie w scenach, kiedy rzeź osiąga swoje apogeum. Czy „Wołyń” to film bez wad? Na pewno nie, ale moim zdaniem nie są one na tyle istotne, aby wpłynąć na ogólną wysoką ocenę dzieła Smarzowskiego. Gdzieś w okolicach połowy akcja na chwilę lekko siada. Być może był to efekt zamierzony, bo tak wyglądało życie w danym czasie. O braku rozwiniętego wątku samoobrony i braku zakończenia, które byłoby ocaleniem, już pisałem.

Tak naprawdę nie podoba mi się jedna scena, w której Maciej Skiba (Jakubik) uderza swoją młodą żonę (Łabacz) pięścią. Jest w niej coś niepotrzebnie zbyt brutalnego, nie do końca pasującego do postaci Skiby. W filmie brakuje też sceny, która dokumentowałaby pomoc partyzantów radzieckich, szczęśliwie, zostali oni pokazani w dość pozytywnym kontekście. Pojawił się zarzut, że w filmie jest mało Niemców. Rzeczywiście jest ich mało, ale czy to można odbierać jako zarzut? Moim zdaniem nie. Znów odwołuję się do relacji świadków – tak rzeczywiście było. Niemcy siedzieli w miastach – takie zdanie pada również w filmie. Owszem, pojawiali się w miejscach mordów, często powiadomieni przez ocalałych Polaków, bądź z innych powodów (jak ów maszerujący oddział), ale generalnie, we wioskach byli obecni tylko wówczas, kiedy należało ściągnąć kontyngent. Paradoksalnie, także dzięki nim mamy dziś stosunkowo bogaty materiał fotograficzny. Sceny robienia zdjęć przez Niemców Smarzowski nie omieszkał również umieścić w swoim filmie.

Nie znajduję niczego innego, co mógłbym uznać za niepotrzebne, nieprawdziwe, naciągane. Wspomniane przebitki dają spójny obraz narastania szaleństwa, nie pominięto nawet takich rzeczy jak instrukcje banderowców, aby przebierać się za Sowietów/Rosjan. Uczciwie pokazani są Żydzi, ich postawy wobec Sowietów, postawy Polaków wobec Żydów, wraz z pomocą i postawą stania obok, ze względu na zagrożenie życia etc., etc.

Reasumując, Wojciech Smarzowski zrobił film wybitny. Nie ma w nim ani krzty propagandy. Staje w jednym szeregu z wybitnym obrazem Jana Komasy „Miasto 44”, a przewyższa go tym, że traktuje o sprawie oficjalnie przemilczanej i poprzekręcanej przez chorobliwą ukrainofilię i polityczną poprawność. Ma on służyć i służy prawdzie, pokazując całą paletę zachowań i epizodów wziętych wprost z życia, z historii. Jest to film dla Polaków – dla ocalałych i ich potomków, dla tych, którzy nie preferują lektury jako źródła wiedzy, dla tych, którzy przez lata stworzyli system wybielający banderowskich bandytów usprawiedliwiając ich zachowania i dla nas wszystkich, ceniących sobie prawdę ponad zakłamany interes polityczny. Trwanie w kłamstwie i dalsze budowanie tożsamości ukraińskiej na fundamencie przerażających zbrodni, nigdy nie przyniesie pojednania.

Adam Śmiech


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *