OPINIE

Dobra szkoła, czyli jaka?

„Powodowana troską o stan polskiej edukacji i przepełniona niepokojem, związanym z przygotowywaną przez rząd Pani premier Beaty Szydło reformą szkolnictwa podstawowego i średniego…” – pisze do nas nauczycielka z wieloletnią praktyką (LO, WAM, UŁ), adiunkt w Zakładzie Literatury Greckiej i Religioznawstwa i jednocześnie prezes Koła Łódzkiego Polskiego Towarzystwa Filologicznego.

…pragnę podzielić się z Państwem kilkoma refleksjami natury ogólnej, które być może uzmysłowią rodzicom, pedagogom, decydentom, co tak naprawdę powinniśmy zmienić w polskiej edukacji, oczywiście poza zmianą organizacyjną szkół i dostosowaną do nich podstawą programową, aby wprowadzone zmiany były korzystnymi dla pobierających naukę na wszystkich poziomach edukacji.

Przede wszystkim podstawowym błędem, powodującym lawinę niekorzystnych konsekwencji w zakresie edukacji jest, moim zdaniem, powszechnie panujące przekonanie o roli dwóch podstawowych, uzupełniających się nawzajem instytucji, zajmujących się wychowywaniem dzieci, czyli szkoły i rodziny. W praktyce, nauczyciele są przekonani, że to rodzice powinni wychowywać swoje dzieci, rodzice zaś, że to właśnie jest podstawowym obowiązkiem szkoły. Co się dzieje, gdy jedna z nich lub obie strony zawiodą? Taki stan rzeczy powoduje wychowawczego pata: pozwalamy pozostawionym samym sobie dzieciom ulokować się gdzieś pośrodku, pomiędzy tymi dwiema instytucjami. W efekcie dzieciaki najczęściej spędzają czas wolny w towarzystwie telewizora, laptopa, tabletu, telefonu komórkowego, niekiedy w poszukiwaniu rozrywki wałęsają się po ulicach, czy też centrach handlowych. Łatwo popadają w uzależnienia, tworzą grupy, powiązane ze światem przestępczym, chętnie budują swoją pozycję w wirtualnym świecie, tworząc własne, niezależne od instytucji wychowawczych struktury, np. w portalach społecznościowych”. W efekcie, po paru miesiącach takiego pobytu „pośrodku”, niewielu rodzicom i nauczycielom udaje się oderwać dzieci od ich ulubionych gadżetów, czy używek.

Zaledwie części zamożniejszych rodziców, lepiej wykształconych, bardziej świadomych, dysponujących większą ilością wolnego czasu, niejednokrotnie wspieranych przy wychowaniu dzieci przez dziadków, udaje się zagospodarować w odpowiedni sposób wolny czas swych pociech: zapisują je na dodatkowe lekcje, posyłają na zajęcia sportowe lub artystyczne. Ale ci ludzie poradzili by sobie z wychowaniem swych dzieci także bez państwowego systemu edukacyjnego. To ich dzieci, gdy dorosną, będą studiować na zagranicznych renomowanych uczelniach i to one będą miały szanse na pozyskanie intratnych stanowisk pracy, w dowolnie wybranym przez siebie kraju.

Pozostaje więc do rozwiązania problem jak zagospodarować pożytecznie czas dla wszystkich pozostałych dzieci, których rodzice spędzają po 10 lub 12 godzin w pracy, lub tych, którzy zakończyli edukację na najniższym z możliwych szczebli i nie widzą konieczności kształcenia własnych latorośli? Kto ma je wówczas wychowywać i odpowiednio wykształcić? Może ktoś odrzec: czyje dzieci, tego problem I tak, i nie. Te dzieci kiedyś przecież dorosną, a wówczas będzie to już problem nas wszystkich. W moim przekonaniu, wzorem wielu cywilizowanych, europejskich krajów, powinniśmy spróbować rozwiązać ten problem w oparciu o szkołę, zapewniając dzieciom możliwość uczęszczania na dodatkowe lekcje, a dobrym nauczycielom, profesjonalistom pracującym z powołania, dając gwarancję pracy w wyuczonym zawodzie.

Wiem, że podniesie się larum, skąd na to wziąć środki? Odpowiedź może być tylko jedna: z budżetu. Pod nazwą 500+ powinien się kryć bon edukacyjny, który umożliwiałby dzieciom mniej zdolnym nadrobienie zaległości w szkole na dodatkowych zajęciach, zaś zdolniejszym na opłacenie ponadprogramowych przedmiotów. Dotacja 500+ w formie bonu edukacyjnego, to wolność wyboru rozumnie kontrolowana dla każdego dziecka i jego rodzica. Do dodatkowe pieniądze dla szkół, które mogłyby przestać się borykać z wymogami liczebności grup przy organizacji poszczególnych zajęć, co ma niebagatelne znaczenie chociażby przy nauczaniu języków obcych. Młodzi Polacy nadal mają kłopoty z płynnym posługiwaniem się jakimkolwiek językiem obcym, w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników z rozwiniętych krajów Europy i świata. Ta znajomość języków się zwiększa, nie przeczę, ale do pełnego sukcesu jeszcze nam bardzo daleko.

Oczywistym wydaje się fakt, że lepiej mieć w państwie dobrze wykształconych i spełnionych pod każdym względem młodych ludzi niż umysłowe i fizyczne kaleki! A zatem: czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby podniesienie ogólnego poziomu nauczania, niż cicha zgoda na tworzenie się zbyt wąskiej grupy wykształconych na wysokim poziomie elit, które same się zatroszczą o swój rozwój i o rozwój własnego potomstwa? Bez dodatkowych lekcji, bez zajęć pozalekcyjnych nie tylko nie dogonimy Europy, co więcej pozwolimy dzieciom na życie tak naprawdę poza szkołą i poza domem, najchętniej w wirtualnym świecie, bo większość z nich w ten sposób będzie spędzać swój wolny czas.

Dlaczego apeluję o zwiększenie ilości nauki w szkole, skoro powszechnie mówi się, że programy są już i tak przeładowane? Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem! Może raczej właściwym byłoby rzec, że programy szkolne są źle skonfigurowane, ale z całą pewnością nie przeładowane, a wręcz przeciwnie! Kolejni reformatorzy modelu polskiej oświaty, widzieli raczej potrzebę redukcji treści programowych, a wszystko, podobno, dla dobra naszych pociech. Działano ponoć kierując się wyższymi racjami: niech przysłowiowy Jaś się nie męczy, niech nie dźwiga takich ciężkich książek, niech nie ćwiczy, bo może się spocić i zaziębić…

Od ilu lat idziemy w oświacie na skróty i dokonujemy cięcia programów? Co najmniej od piętnastu. Wspomniane „chodzenie na skróty” musiało też w końcu dotrzeć na wyższe uczelnie wraz z kolejnymi maturzystami, dlatego również tam zaszła konieczność cięcia i odchudzania programów, co zaowocowało nie tylko spadkiem poziomu nauczania, ale również permanentnym tłumaczeniem się całego środowiska związanego z edukacją, wszystkim możliwym władzom, dlaczego poziom stał się tak niski, a studenci i uczniowie, chociaż tak dobrze uczeni, są niedouczeni. To tłumaczenie nazywamy dumnie ewaluacją. Słowo to, pochodzenia obcego, brzmi godnie i naukowo, umożliwia rzeczowe wypunktowanie przyczyn obniżającego się poziomu wiedzy, braku zdolności nie tyko do kojarzenia, ale i umiejętności koncentracji, braku kultury, tych, których uczymy, tych, dla których zrobiliśmy wszystko, aby się nie przemęczyli.

Ewaluację opisujemy w sposób krótki, prostymi słowami: nie umie, nie potrafi, nie jest w stanie, itd. Co roku tych „nie” przybywa i będzie przybywać, jeśli znów ruszymy żwawo, aby skracać, ciąć i tak manipulować godzinami, aby zmieścić się w okrojonych siatkach godzin. Nie martwi mnie fakt, że dziecko, czy młody człowiek zmęczy się nauką, nikogo z nas nie powinno to martwić. W miarę bezboleśnie przez edukację przechodzą jedynie najzdolniejsi, reszta męczyła się i powinna się męczyć. I tę prawdę, której nie chcemy z bliżej mi nieznanych przyczyn wypowiedzieć głośno, ośmielam się jasno wyartykułować: otóż nauka męczy i powinna męczyć, jeśli jest przyswajana i wykładana na odpowiednim poziomie. Może również bawić i cieszyć, ale zdobywanie wiedzy łączy się z pewnym trudem, a nie jedynie z zabawą.
Okrojenie treści programowych, zrodziło kolejny „grzech” w polskiej oświacie, mianowicie przekonanie, że treści, które zabrano, można zastąpić innowacyjnością, innymi słowami: chociaż mamy mniej godzin nauczania do dyspozycji, to w ramach tego „mniej”, może być ciekawiej.

Przyjęto założenie, że programy oświatowe w Polsce mogą i powinni tworzyć wszyscy, na każdym poziomie edukacji. Rozkwitły i nadal kwitną programy autorskie, powstały i powstają klasy o programach innowacyjnych, autorskich. Na podobnej zasadzie powstają nowe kierunki studiów. Skąd w narodzie taki pęd do innowacyjności w tym właśnie zakresie? Odpowiedź jest dość prosta: władze odpowiedzialne za nadzór nad oświatą przyjęły założenie, że mogą odpowiadać jedynie za określenie minimum programowego. Wzięcie odpowiedzialności za minimum, to minimum odpowiedzialności, a za cała resztę odpowiadają prawdziwi twórcy innowacyjności. Dzięki temu kwitnie ona na wszystkich możliwych poziomach, a jej autorzy dokładają wszelkich starań, aby w sposób ciekawy i lekki przekroczyć to minimum, najwyżej o… minimum. Pamiętać jednak powinniśmy, że i wiedza płynąca z tych programów może być oceniana jedynie na minimum.

Wprowadziliśmy w szkołach podstawowych i średnich w sposób innowacyjny nową ocenę, jest nią jedynka, która jako stopień określa to, co niegdyś rozumieliśmy jako dyskwalifikującą dwóję, „bezwzględną pałę”, „gola”, albo poetycko „łabędzia”. Posługiwania się jedynką nauczyciele unikają jak ognia, głównie dlatego, że obniża statystyki edukacyjnych sukcesów. Zastępują ją niegdysiejszą dwójką, która już nie jest tamtą dwójką. Choć i na ten stopień uczeń nie musi wiele umieć, to jednak przyjmuje się, że pod tą nową dwójką wiedza ucznia plasuje się na poziomie minimum minimorum, tak więc, po jej uzyskaniu, może on otrzymać promocję. A promująca dwójka, to przecież nie jedynka! I nie zniszczy psychicznie ucznia! Nie zaniży również statystyki sukcesów szkolnych. Ale owa dwójka, co znacznie gorsze, nie zamknie uczniowi dwójkowemu, drogi do dalszego zdobywania wiedzy, tym razem na wyższych uczelniach, obecnie kuźniach prawdziwej innowacyjności opartej na zasadzie minimum minimorum.

Dawniej bywało, że dwójkowi nie mieli większych szans na zdobycie indeksów, ale dziś, gdy student posiada kilka świadectw i może zapisać się na kilka kierunków, oj, przepraszam zalogować się na nie, a ponadto szaleje niż demograficzny, to i nasz dwójkowy student żakiem się stanie na mniej „intratnych kierunkach”. Stało się, przyjęto żaka z „pałą”, oj przepraszam z oceną niegdyś mierną, dzisiaj (o, zgrozo!) zwaną dopuszczającą! Wyleci, nie da rady, nie postudiuje długo, pomyślicie Państwo. Nic bardziej mylnego. Wielu z nich skończy wyższe uczelnie, bo i na wyższych uczelniach, programy okroiliśmy do poziomu przysłowiowego Jasia, zmodyfikowaliśmy je autorsko, więc i tutaj króluje statystyka i interes oparty na statystyce.

Zgodnie z rozporządzeniem ministerstwa dofinansowanie płynie z tegoż ministerstwa za studentem, a nie za pracownikiem. Dopieszczamy więc naszego Jasia, pomagamy w zdobywaniu wiedzy na pierwszym stopniu studiów, doprowadzamy biedaczysko do poziomu licencjatu, wspomagamy w pisaniu pracy, podtrzymujemy na duchu podczas jej obrony i czekamy, co Jaś postanowi? Będzie kontynuował u nas studia magisterskie, czy zmieni całkowicie kierunek studiów? Z profilu humanistycznego przeniesie się na Politechnikę? Istnieje taka możliwość, licencjat na Wydziale Filologicznym, studia II stopnia na Poitechnice. A wówczas cieszy się jedna Alma Mater, ucieszy się i druga, student choć mierny, to „robi obu uczelniom dobrą statystykę”. Najzdolniejsi studenci po obronionym licencjacie mogą już nawet pisać doktorat. Mogą, tylko rodzi się pytanie, po co? I ci najrozumniejsi, którzy studiują dla wiedzy, nie idą na skróty, bo jak utrzymują, nie posiadają pełni kompetencji.

Srodzy niegdyś profesorowie, przed którymi drżały nie tylko kolejne pokolenia studentów, ale nawet mury Alma Mater, dziś stali się pedagogami do „rany przyłóż”, którzy starają się na wszelki możliwy sposób wytłumaczyć, jak mogą najprościej, zawiłości trudnych arkanów wiedzy. I już tylko nieliczni spośród nich, wciąż się dziwią i nie rozumieją, dlaczego student czegoś istotnego nie wie, dlaczego popełnia karygodne błędy ortograficzne, dlaczego nie przeczytał wskazanej lektury, dlaczego dopuścił się plagiatu, spisując coś żywcem z Internetu, czy cudzej pracy. Dlaczego spora część studentów to dyslektycy (gatunek wcześniej tak powszechnie nie występujący)? Dlaczego nie potrafią oni formułować dłuższych, łączących się w zrozumiałą całość, logicznych wypowiedzi? Dlaczego na zajęcia przychodzą w krótkich spodenkach w „przecudne palemki”, a stopy mają obute w „japonki”, zwane już także „laczą polską”? I dlaczego nikt nie reaguje? Pozostali już nie reagują, żadne z wymienionych zjawisk już ich nie dziwi, zrozumieli bowiem, że i na wyższych uczelniach pojawił się syndrom trawiący cały system, a imię jego minimum minimorum.

Minimum pretensji do studenta maksimum poszanowania jego godności i osobowości, nawet tej mocno przez niego samego nadszarpniętej. Zanim ponownie, „systemowo” zaczniemy zastanawiać się, czego na pewno nie potrzebują nasze szkoły, a w nich nasi uczniowie, może wpierw zastanówmy się nad tym, w jaki sposób popsuliśmy coś, czego nie udało się popsuć nawet w okresie socjalizmu? Dlaczego wówczas, przy inauguracji roku akademickiego profesorowie wraz z żakami wspólnie śpiewali Gaudeamus igitur, czy Gaude Mater Polonia, a dziś słuchamy jedynie nagrania puszczanego z magnetofonu? Bo łacinę uznaliśmy za przestarzałą i niepotrzebną? W takim razie dlaczego nauczano jej powszechnie w polskich szkołach do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia? I czemu służyła?

Wielu odpowie, że nudnym torturom, ale znajdziemy takich, którzy stwierdzą, że to dzięki łacinie nauczyli się gramatyki niezbędnej do opanowania wielu innych języków, w tym gramatyki języka polskiego, a także trudnej sztuki translacji poezji i prozy, która od wieków jest uważana za wspólne dziedzictwo wszystkich Europejczyków. To ona także współtworzyła przez wieki kod kulturowy Polaków. Gimnazjaliści, licealiści, nie mówiąc o studentach, potrafili cytować z pamięci wersety dzieł Wergiliusza czy Horacego, po prostu inaczej nie uchodziło. A dziś uchodzi? Niestety tak, i jest to ewidentny wynik przycinania, ograniczania treści programowych, czyli wymuszonej odgórnie minimalizacji.

Dlaczego dopuszczamy do rozważań, po co uczniom i studentom taki przedmiot jak filozofia? Przecież można skończyć studia bez znajomości filozofii? Tak, można i na wielu kierunkach ma to już miejsce, ale może warto posłuchać także głosu rozsądku płynącego z takiego źródła: „Filozofia będzie istniała dopóty, dopóki będziemy chcieli stawiać granice naszemu uprzedmiotowieniu…Cechą wolnych państw jest to, że utrzymują one instytucje służące myśleniu”[1]. Zamiast ciąć i przycinać, a potem jeno ewaluować, dajmy uczniom wybór w postaci zajęć dodatkowych, tak w szkołach średnich, jak i w wyższych uczelniach i nie karzmy im za nie płacić, gdyż nie wszystkich na te opłaty stać. Być może wówczas znajdzie się sposobność, aby powrócić do nauki łaciny, i ponownie zaśpiewamy wspólnie Gaude Mater Polonia. Na miły Bóg, to przecież patriotyczna pieśń, jaką śpiewaliśmy od wieków!

Kieruję gorący apel do rządzących o rozwagę i brak pośpiechu przy konstruowaniu kolejnej reformy szkolnictwa. Dajmy sobie czas na zastanowienie, dyskusje, na wypracowanie dobrych podstaw programowych i skończmy z tą radosną twórczością w tworzeniu nowych programów. Postanówmy wspólnie jak ma wyglądać egzamin maturalny w Polsce, aby nie zmieniano go tak często, jak miało to miejsce dotychczas. To rodzi jedynie napięcia i frustracje. W sprawie edukacji musimy wypracować narodowy konsensus, którego nie pozwolimy już obalić nikomu. To nasze wspólne dobro, a nie interes partyjny!

Nie wycinajmy kolejnych przedmiotów, nie rugujmy ich bezmyślnie ze szkół, bo za pomocą tego typu posunięć pozornie uszczęśliwiamy młodzież, w istocie zaś okradamy ją z bezcennego skarbu – z wiedzy. Zamiast minimalizować programy, zastanówmy się raczej, jak możemy je poszerzać w określonych blokach przedmiotowych, dając możliwość uczniom pogłębiania wiedzy na różnych poziomach. Wszystkim uczącym się i studiującym życzę, aby zdobywali wiedzę przede wszystkim dla samych siebie, jak największą i jak najrzetelniejszą, aby czuli jej wciąż rosnący głód, zgodnie ze starą łacińską maksymą: Quidquid discis, tibi discis. „Czegokolwiek się uczysz, uczysz się dla siebie”. Powracając zaś do pytania zawartego w tytule, Dobra szkoła, czyli jaka? Odpowiedź brzmi, to szkoła zdecydowanie nie oparta na poziomie minimum minimorum, tylko ta, która uzbraja wychowanków w nieoceniony kapitał: wiedzę.

dr Joanna Rybowska

[1] Cyt. za R. Spaemann, Kroki poza siebie. Przemówienia i eseje I, przekł. J. Merecki, Oficyna Naukowa, Warszawa 2012, s. 25.


3 komentarze do “Dobra szkoła, czyli jaka?

  1. Widać w naszym państwie polityka ma większą siłę przebicia niż wiedza i doświadczenie.
    Widać kolejną przypowieść Polak sobie kupi, że przed reformą i po reformie głupi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *