PABIANAJS TAJMS

Błazen: Rodzina, ach rodzina…

Miejsce błazna jest w cyrku, nigdy zaś na tronie, a świnia będzie świnią, choćby i w koronie.

Błazen podziwiając budzącą się wiosnę szedł wolno ul. Wspólną, gdy nagle usłyszał:
– A ciebie gdzie tu przywiało?
Błazen obejrzał się i zobaczył roześmianą twarz swojego kolegi ze szkolnej ławy.
– Cześć! Od ciotki wracam.
– Bo myślałem, że z Warzywnej.
– Co ja miałbym tam robić?
– Robotę sobie załatwiać. Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Mówi Ci to coś?
– Pewnie, że mówi, ale ty chyba chcesz mnie wkurzyć.
– Dlaczego?
– Bo to co się tam dzieje to przechodzi ludzkie pojęcie! Dyktatorzy republik bananowych mogliby się dużo nauczyć. Najpierw szefował facet, który miał w życiorysie dziesiątki stanowisk w dziesiątkach firm. W życiu chyba tylko torreadorem nie był. Pojęcie o ZGM miał takie, jak Sienkiewicz o fizyce kwantowej. I ma teraz godnych kontynuatorów. Żeby tam się zatrudnić trzeba być rodziną kogoś z władców firmy.
– Wiem, wiem.
– I ja tobie teraz zdradziłem wielką tajemnicę, bo kiedy zatrudniają tam pociotka, to się do tego nikt nie przyznaje. Ochronę danych osobowych wymyślili i prawo pracownika do prywatności. Rąbią prywatę, a nikt nie interweniuje. No to hulu babulu i następnego kuzyna szwagra młodszego brata zatrudniają. Niedługo pół ZGM-u będzie się spotykać na imieninach u tej samej ciotki.
– Ale się nabuzowałeś! Wyluzuj, bo ci żyłka pęknie. A jak się w PCM dowiedzą, kogo mają leczyć, to będziesz miał przechlapane.
– Już mam
– westchnął Błazen.

Tagi: , ,