Tylko raz, w 2014 roku, udało się wybrać radnych w jednomandatowych okręgach wyborczych.
Zmiana przeforsowana przez Platformę Obywatelską zostanie zastąpiona przepisami wprowadzanymi przez PiS. Już jesienią wybierać będziemy według starych zasad, ostatnio zastosowanych podczas wyborów do Rady Miejskiej w 2010 roku.
Proporcjonalność lepsza?
JOW-y w uproszczeniu polegają na wyborze jednego radnego w małym okręgu. Każdy komitet wystawia tylko jednego kandydata – wygrywa ten, który uzyska najwyższe poparcie. Zaletą takiego rozwiązania jest przypisanie radnego do danego terenu, co pozwala danej społeczności w łatwy sposób oceniać jego dokonania (lub dostrzegać zaniechania).
Kiedy wrócą duże, wielomandatowe okręgi, odpowiedzialność za sukcesy i porażki będzie łatwo rozmyć. Radni staną się niejako kolegialnymi gospodarzami całych, szeroko pojętych osiedli, dziś jednoosobowo odpowiadają za fragment miasta zamieszkiwany przez około 3000 pabianiczan. Po powrocie proporcjonalnej ordynacji wyborczej, Pabianice będą podzielone na okręgi po co najmniej 10 tys. mieszkańców – w każdym z nich wybierzemy kilku radnych z różnych ugrupowań.
W uzasadnieniu projektu zmian w Kodeksie wyborczym czytamy: „System jednomandatowy w gminach prowadził do sytuacji nieproporcjonalności w wyborze rządzących. Nie uwzględniał wszystkich głosów, a co za tym idzie preferencji wszystkich mieszkańców gminy. Zastosowanie zasady proporcjonalności spowoduje, że rada gminy będzie reprezentantem wszystkich jej mieszkańców”.
Sprawdzimy poglądy pabianiczan
Szczegółowo podział na okręgi, zgodnie z nowymi przepisami, określi komisarz wyborczy, a nie rada miejska, co przewidują obecne przepisy. Zapobiec ma to potencjalnym manipulacjom granicami okręgów przez większość w radzie, by zwiększyć szansę wybranych ugrupowań i kandydatów.
W jednomandatowych okręgach łatwiej było stanąć w wyborcze szranki osobom niezwiązanym z partiami i organizacjami, gdyż w przypadku naszego miasta do rejestracji kandydata na miejskiego radnego wystarczy zebranie podpisów 25 osób. Ordynacja wielomandatowa wymusza, by poszczególne ugrupowania przekonały do startu w wyborach co najmniej kilkanaście osób oraz uzyskanie dużo większej liczby podpisów.
Powrót do starych zasad oznacza lepsze odzwierciedlenie rzeczywistych poglądów pabianiczan. Przy JOW-ach w skrajnej sytuacji można uzyskać 15 proc. głosów i zdobyć mandat dzięki największej liczbie głosów spośród wszystkich kandydatów. W takiej sytuacji aż 85 proc. wyborców de facto nie miałoby swojego przedstawiciela w Radzie Miejskiej.
JOW vs rzeczywistość
Inicjatorzy i najwięksi entuzjaści wprowadzenia JOW-ów, najczęściej skupieni wokół środowiska ugrupowania Kukiz’15 przekonują, że taka ordynacja wyborcza powinna zapewnić odpartyjnienie samorządów i zwiększenie liczby niezwiązanych z polityką społeczników sprawujących mandaty radnych. Rzeczywistość, nie tylko na pabianickim gruncie, przedstawia się zgoła inaczej.
W ostatnich wyborach miejskich radnych w Pabianicach, przeprowadzonych według nowych zasad, aż 21 na 23 mandaty objęli kandydaci z list partii politycznych. Jedynie dwóch radnych weszło do RM z ramienia niepartyjnego komitetu “Blok Samorządowy Razem”, który jednak trudno nazwać oddolną, spontaniczną inicjatywą lokalnych społeczników.
Gdyby przyjrzeć się wynikom w poszczególnych okręgach, widać wyraźnie, że jeśli pabianiczanie będą chcieli głosować na kandydatów partii – to zrobią to niezależnie od ordynacji wyborczej. Najbardziej dobitny przykład to okręg, w którym Iwona Marczak (PiS), wówczas bez żadnego doświadczenia społecznego i samorządowego pokonała Krzysztofa Górnego (BSR), wieloletniego radnego i szefa pabianickiej “Solidarności”. Znamienny jest też okręg, w którym była wiceprezydent Małgorzata Biegajło (PO) jedynie o włos pokonała kandydata PiS Zbigniewa Szwajkajzera, który nie mógł się pochwalić doświadczeniem samorządowym.
Wychodząc z pabianickiego podwórka – rada miejska w Tomaszowie Mazowieckim to PiS-owski monolit, z kolei rajcowie w Aleksandrowie Łódzkim to jedynie przedstawiciele Platformy. Jeśli celem wprowadzenia JOW-ów miało być odpartyjnienie samorządów, można zaryzykować tezę, że w wielu przypadkach stało się wręcz odwrotnie.
Bez „jeden na jeden”
Jednomandatowe okręgi są bardzo korzystne dla najsilniejszych komitetów. Nie bez powodu PO w 2010 roku, uzyskując 37 proc. poparcia do Rady Miejskiej uzyskała 10 mandatów, a PiS w 2014 z poparciem o 10 proc. niższym zgarnął 13 mandatów i samodzielną większość w Radzie. Właśnie dlatego oraz w obliczu rosnących notowań Prawa i Sprawiedliwości, ugrupowania wspierające prezydenta Mackiewicza (m.in. PO, BSR, SLD, .Nowoczesna) zaczęły się obawiać marginalizacji swoich środowisk oraz dominacji PiS po wyborach w przyszłym roku i zakiełkowała w nich myśl o strategicznym połączeniu sił.
Imponujący sukces wspólnego kandydata antypisowskich sił Dariusza Cymermana w starciu z popieranym przez PiS Sławomirem Szczesio jeszcze bardziej ożywiły zjednoczeniową ideę. O ile jednak przy JOW-ach takie posunięcie miałoby sens, to przy ordynacji proporcjonalnej nie przyniesie spodziewanych efektów, gdyż nie będzie możliwa opcja, w której konkurować będzie kandydat jednej partii (PiS) przeciw wspólnemu kandydatowi bloku prezydenta Mackiewicza, składającego się z kilku środowisk. Tylko taka sytuacja utrudniałaby Prawu i Sprawiedliwości zdobywanie mandatów, wobec rosnącego poparcia Polaków dla tej partii.
Przypomnijmy, że przy jednomandatowej ordynacji nie potrzeba uzyskania 50 proc. głosów – do zdobycia mandatu radnego wystarczy najlepszy wynik w okręgu. Oczywiście, środowiska skupione wokół prezydenta mogą nadal rozważać porozumienie w ramach nowej-starej ordynacji proporcjonalnej i będzie to miało w pewnym stopniu sens. Metoda d’Hondta, która jest podstawą podziału mandatów, premiuje wszak komitety o wysokim poparciu kosztem tych mniejszych.
TRIO-wy?
Warto również zauważyć, że zmiany w kodeksie wyborczym zakładają możliwość zmniejszenia liczby radnych wybieranych w okręgach wyborczych. Według obowiązujących przepisów na okręg musi przypadać minimum pięciu radnych, a zmiany wprowadzają możliwość tworzenia okręgów trójmandatowych, tzw. TRIOWów. Podziału na okręgi będzie dokonywał komisarz wyborczy. Z pozoru to jedynie techniczna zmiana, jednak potencjalnie może mieć duże znaczenie dla ostatecznego rozkładu sił w przyszłej pabianickiej Radzie Miejskiej, a wcześniej dla tworzenia strategii wyborczych ugrupowań.
Zakładając, że komisarz w pełni wykorzysta możliwości, które da nowy kodeks wyborczy, możliwy jest wariant, w którym Pabianice zostaną podzielone na sześć okręgów trójmandatowych i jeden pięciomandatowy, zwycięski komitet zgarnie po dwa mandaty w małych okręgach i nawet trzy w dużym. Może to dać zwycięzcy mocną dominację w nowym układzie sił (potencjalnie aż 15 mandatów na 23). Przy zastosowaniu większych okręgów (co pokazały wybory w 2010), komitet o najwyższej liczbie głosów nie osiąga aż tak dużej przewagi. Wówczas PO przy prawie 40 proc. poparciu uzyskała jedynie 10 mandatów, a przy innym układzie okręgów mogłaby mieć samodzielną większość.
Dlatego, w szczególności wobec rosnących notowań PiS, które obecnie są znacznie wyższe niż podczas wyborów samorządowych trzy lata temu, być może racjonalne dla antypisowskich sił w Pabianicach będzie zagranie w jednej drużynie – choćby Platforma plus Blok Samorządowy „Razem” – co dawałoby lepszą pozycję wyjściową przy rozdziale mandatów w walce z partią Jarosława Kaczyńskiego. Rywalizacja z PiS jest dla proprezydenckich sił nie lada wyzwaniem, dlatego możemy się spodziewać ciekawych politycznych konfiguracji.
Wniosek jest jeden … PIS weźmie wszystko w wyborach 2018 … i mój głos też :)
Najważniejsze jest to na jakiego kandydata na Prezydenta postawi PIS … jak postawią na kogoś centrowego … to mają to miasto w cuglach …