Domy pomocy społecznej w czasie epidemii COVID-19 są niczym tykające bomby. Pensjonariusze to punkty zapalne, bo należą do grupy wysokiego ryzyka. O codzienności w niecodziennej sytuacji rozmawiamy z dyrektor pabianickiego DPS Marią Chmielewską.
Magdalena Hodak: Niedawno wyszedł od Pani bardzo wyraźny sygnał: lokali wyborczych w budynkach DPS nie będzie. Koniec, kropka. Jakikolwiek zaistnieje scenariusz wyborczy, reakcja Pani jest faktem. Wynikała z…
Maria Chmielewska: – Konieczności zapewnienia bezpieczeństwa pensjonariuszom. Chciałam odpowiednio wcześniej uprzedzić, że nie ma mojej zgody na organizowanie wyborów u nas. W obu budynkach mamy ich 195 podopiecznych. Przeważają osoby 70 plus. Są w grupie największego ryzyka. Nie dość, że są w zaawansowanym wieku, to w zdecydowanej większości mają liczne, poważne schorzenia. Obecnie nie mogą wychodzić na zewnątrz ani nikt nie może ich odwiedzać. To podstawowa ochrona przed zagrożeniem.
W ogóle nie wychodzą poza mury?
– Mieszkańcy budynku przy ul. Łaskiej nie mają takiej możliwości. Pensjonariusze z ul. Wiejskiej mogą przebywać w ogrodzie. Organizujemy im spacery w turach, pod ścisłą kontrolą. Proszę zauważyć, że mam pod opieką spora grupę alkoholików. Każdy teraz ma przecież telefon komórkowy, więc łatwo jest zadzwonić do kolegi, by podał przez płot jakiś napój wyskokowy. Pilnujemy zatem, by nie dochodziło do takich sytuacji. Przecież alkoholik dla zdobycia trunku zrobi wszystko, a przy okazji świństwo przyniesie i umrą inne osoby. Mówiąc obrazowo: jak koronawirus do nas wpadnie, to rozejdzie się piorunem. Mamy wymowny przykład z minionego weekendu. W DPS w Drzewicy, w powiecie opoczyńskim, ponad 60 osób zainfekowanych – pensjonariuszy i personelu. Niestety, dwa zgony. Robimy wszystko, by nie dopuścić do takiego scenariusza.
Jakie inne środki ostrożności stosujecie?
– Wszystkie rzeczy, które dla kupujemy, są przepuszczane przez kwarantannę. Mamy specjalne pomieszczenie, gdzie przez trzy dni leżakuje np. kawa czy herbata zamówiona przez podopiecznych. Sami, kiedy wchodzimy, bardzo dbamy o bezpieczeństwo. Środki do dezynfekcji są tuż przy wejściu. Nasi pensjonariusze, oczywiście, znajdują się pod stałą opieką lekarską. Teraz obserwowani są wyjątkowo czujnie.
Jak znoszą wymuszone przez epidemię zmiany?
– Ci całkiem bez kontaktu mają najlepiej, bo w ogóle nie wiedzą, co się dzieje. Całkiem sprawni umysłowo oglądają telewizję, słuchają radia, mają pełną świadomość zagrożenia i, rzecz jasna, się boją. Psychologowie są zatem na posterunku, praktycznie teraz cały czas krążą po budynkach. Najgorzej jest z podopiecznymi na granicy kontaktu. Takiej osobie wytłumaczy się i niby do niej dotrze, ale za godzinę już nie i pojawia się niepokój, żal w środku, że nikt ich z bliskich nie odwiedza, więc znów trzeba wyjaśniać wszystko od początku.
A jak wy to znosicie? Opieka nad starszymi, schorowanymi osobami to ciężka praca, a do tego dochodzi obecnie dodatkowy stres….
– Jest bardzo trudno, bo załoga jest zdziesiątkowana. Część pracowników przebywa na zwolnieniach, bo muszą, bo mogą, bo się boją. Korzystają z różnych zasiłków na siebie czy dzieci, ale na razie dajemy radę.
Ciarki natomiast chodzą, kiedy się pomyśli, że ktoś może zostać zainfekowany, a wtedy nas zamkną, czyli wszystkie osoby, które są na danej zmianie nie opuszczą budynku na jakiś czas. Normalnie pracujemy na trzy zmiany – po osiem godzin. A jak długo jeden człowiek może ciężko pracować 24 godziny na dobę?