HISTORIA

Przedwojenne Pabianice: Szaleniec zamordował trzy osoby i sam zginął

Policja musiała przeprowadzić formalne oblężenie – morderca zginął w płomieniach wznieconego przez się pożaru.

(11.05.1936) Straszna zbrodnia popełniona została w sobotę w godzinach rannych w Pabjanicach, przyczem życie postradały 4 osoby. Przebywający od 11 lutego rb. w szpitalu miejskim ciężko chory na gruźlicę 24-letni Feliks Rosentretter, zamieszkały przy ul. Zamkowej 40 na własne żądanie zwolnił się ze szpitala. W sobotę rano, uzbrojony w 3 rewolwery, udał się do domu swej narzeczonej Elli Moritz, zamieszkałej przy ul. Moniuszki 107. Zwrócił się on do matki w sprawie małżeństwa, ta jednak odmówiła swej zgody na ożenek ze swą córką.

Rozżalony Rosentretter zasypał wówczas strzałami znajdujące się w mieszkaniu kobiety, zabijając: 51-letnią Wandę Moritz, jej 25-letnią córkę Ellę oraz 14-letnią córkę Gertrudę, która właśnie wybierała się do szkoły. Zaznaczyć należy, że mąż i ojciec zabitych kobiet, 52-letni Gotlieb, opuścił 15 minut przed wypadkiem dom, udając się do pracy, do fabryki Jerkego, gdzie pracuje jako snowacz.

Po dokonaniu potwornego morderstwa Rosentreter wolnym krokiem opuścił mieszkanie i udał się w kierunku ul. Polnej.

W międzyczasie powiadomiona telefonicznie przez jedną z sąsiadek policja przybyła na miejsce zbrodni i rozpoczęła pościg za mordercą. Kiedy ten zauważył nadchodzącą policję, wkroczył do jednopiętrowego domu przy ul. Polnej 22, posiadaną bronią sterroryzował mieszkańców i, wdarłszy się do mieszkania Józefy Jadkowskiej, zażądał od niej pod groźbą zabicia natychmiastowego opuszczenia mieszkania. Widząc grożące niebezpieczeństwo Jadkowska, a w ślad za nią wszyscy lokatorzy domu, opuścili swe mieszkania i dom. W ten sposób zbrodniarz pozostał sam w opuszczonym budynku.

Fakt ten niezmiernie ułatwił działanie przybyłej w międzyczasie policji, która natychmiast otoczyła kryjówkę mordercy. Ten widząc grożące mu niebezpieczeństwo, rozpoczął strzelaninę z trzech posiadanych rewolwerów typu “Nagan”, oddając ogółem ponad 100 strzałów. Policja, na czele której stał komendant P. P. Kwapisz, oraz przodownik Błaszczyk nie mogąc dotrzeć do mordercy rozpoczęła oblężenie, a w końcu atak bombami gazowemi. Bomby te własnoręcznie rzucił komendant P. P. Leonard Kwapisz.

Pod działaniem drażniących gazów, chory na płuca zbrodniarz zakrztusił się i zszedł ze strychu, z którego chciał ratować się ucieczką na pierwsze piętro. W jednym z mieszkań zgromadził on na środku pokoju wszystkie meble, oblał naftą i podpalił. Doszedł jeszcze do okna i wznowił strzelaninę, jednak nie na długo, gdyż pod działaniem gazów załamał się i wreszcie runął w płomienie.

W międzyczasie na widok buchających płomieni, zaalarmowano straż pożarną, która po 10 minutach rozpoczęła akcję ratunkową. Udało jej się pożar zlokalizować tak, że zniszczeniu uległo tylko pierwsze piętro i strych. Po ugaszeniu pożaru, strażacy i policja znalazła zwęglone już zwłoki mordercy.

Na miejscu poczęła gromadzić się publiczność, powiadomiona o krwawej tragedii. Silne kordony policji powstrzymywały ciekawych. Na miejsce przybył prokurator, władze starościńskie i komendant powiatowy Policji Państwowej. Wezwany lekarz miejski doktor M. Grzegorzewski stwierdził zgon trzech kobiet i śmierć ich mordercy. Zwłoki zabitych zabezpieczono na miejscu.

Rodzina Moritzów jest bardzo zacna, a wiadomość o morderstwie wstrząsnęła do głębi nie tylko miastem, ale całem województwem łódzkiem. Śledztwo sprawy tej przeprowadzi prokurator sądu okręgowego w Łodzi.

Źródło: Orędownik 1936, nr 111, s. 7; zdjęcia: Orędownik 1936, nr 112.
oprac. Marzena Zawodzińska