HISTORIA

100 lat „Pamso” – historia, jakiej nie znacie

Zakłady Mięsne „Pamso” w tym roku obchodzą setne urodziny.

Z tej okazji firma wydała monografię pt. „Żwirki i Wigury 19, dawniej Japońska. 100 lat Zakładów Mięsnych”. W książce zawarto nieznane dotychczas archiwalne dokumenty i fotografie, wspomnienia, anegdoty i ciekawostki – m.in. o pabianickiej kiełbasie, którą z ochotą jadał Józef Piłsudski, o kasiarzach, którzy rozpruli sejf przy ul. Japońskiej,  o aferach podczas budowania rzeźni, o pabianickiej szynce dla radzieckich kosmonautów i prezydentów USA oraz o kaprysie Edwarda Gierka, który co tydzień chciał mieć kaszankę z Pabianic na swym stole.

Poniżej znajdziecie fragmenty monografii, w której opisano burzliwe dzieje producenta wędlin (dawnej Rzeźni Miejskiej, obecnie Pamso SA) – mocno zakorzenionego w historii Pabianic i regionu łódzkiego.

1916 rok

Zima była sroga. W styczniu przy ulicy Japońskiej (dziś Żwirki i Wigury) w Pabianicach dymiła tania kuchnia. To żony rzeźników gotowały krupnik, zupę gulaszową, bigos i czarną kiszkę. Gorące jedzenie kobiety wydawały rodzinom Polaków wcielonych do armii rosyjskich zaborców i niemieckich okupantów, walczących na frontach pierwszej wojny. O pozwolenie na otwarcie kuchni wystarał się cech pabianickich rzeźników.

Wspierano też dzieci z najuboższych rodzin. O wyznaczonej porze dzieciaki mogły wejść na teren rzeźni po ciepłą krew z ubitych zwierząt (często jedyny posiłek lub „lekarstwo” na rozmaite choroby). Rzeźnicy nalewali krew do baniek, miseczek i blaszanych garnuszków przynoszonych przez malców.

1920 rok

Gdy w lipcu 1920 roku naczelnik Józef Piłsudski wezwał naród pod broń, do walki z bolszewikami stawiło się kilkuset pabianiczan, nawet 17-letni chłopcy i dziewczęta. Do służby frontowej zgłosiło się czterech pracowników Rzeźni Miejskiej. Jeden z nich nazywał się Grabarz. Nazwiska ochotników zapisano w księdze pamiątkowej rzeźni, lecz księgę tę w 1939 roku zniszczyli hitlerowcy.

1925 rok

Kilka lat po pierwszej wojnie Polacy usłyszeli o niezrównanej w smaku kiełbasie moskiewskiej z Pabianic. Sprawcami tego byli dawni towarzysze marszałka Józefa Piłsudskiego, którzy kiełbasę moskiewską (wołową, mieloną, z wędzoną słoniną pokrojoną w grube kostki) posłali do Belwederu. „Panie Marszałku, racz przyjąć to, coś polubił, gdyś bywał u nas jako Towarzysz Ziuk z Polskiej Partii Socjalistycznej” – napisali w załączonym bileciku.

Piłsudski, który na przełomie wieków parokrotnie wygłaszał patriotyczne mowy do robotników pabianickich fabryk, doskonale pamiętał miasto pod Łodzią. Wszak przywoził tu nielegalną gazetkę „Robotnik”. „W Pabianicach nie brak ludzi odważnych” – wiele lat później pisał w swych wspomnieniach naczelny wódz Armii Polskiej. Relacjonował też tajne spotkania w lasku Karolewskim, mieszkaniu Adama Wiśniewskiego, działacza socjalistycznego ze Starego Miasta, i zaroślach za ostatnimi budynkami fabryki Kruschego nad rzeką.

Wspominał przydzieloną mu uzbrojoną obstawę towarzyszy z PPS-u, którą dowodził Wiśniewski. Nie zapominał o wieczerzach w izbie drewnianego domu przy ulicy Nowy Świat 7 (dziś ulica Wyspiańskiego), gdzie na nocleg zabierał go wyrzucony z tkalni socjalista Józef Nowak. To tam przyszły marszałek Polski – człek mięsożerny, niechętnie sięgający po chleb i jarzyny, rozsmakował się w kiełbasie moskiewskiej. Gdy w 1925 roku Nowak i Wiśniewski posłali kiełbasę moskiewską do Belwederu, marszałek przyjął paczkę z życzliwością.

1931 rok

Nowa rzeźnia zatrudniła 170 pracowników i jednego konia do ciągnięcia wozu z taflami lodu na sprzedaż (dla sklepikarzy w mieście). Robotnik do prac pomocniczych i sprzątania rzeźni zarabiał miesięcznie nieco ponad 100 zł. Na utrzymanie konia wydatkowano 75 zł, co wystarczało na zakup owsa i siana oraz podkuwanie i naprawy uprzęży.

Koń z ulicy Japońskiej był pierwszą ofiarą kryzysu gospodarczego. Gdy brakowało pieniędzy na wypłaty dla rzeźników, obcinano mu koszty utrzymania. Dostawał mniej owsa, gorsze siano i suchy chleb. Przed wybuchem drugiej wojny światowej stawka utrzymania konia zmalała o ponad połowę – do zaledwie 33 zł miesięcznie.

1939 rok

Nazajutrz po zdobyciu Pabianic hitlerowcy zainstalowali w rzeźni niemiecki zarząd: kierowników, strażników i weterynarza. Byli wśród nich dwaj inwalidzi wojenni, okaleczeni na polach bitew pierwszej wojny światowej. Odtąd rzeźnia miała dostarczać mięso i konserwy żołnierzom Wehrmachtu oraz niemieckiej ludności służącej Rzeszy w Pabianicach i okolicy. Okupantom pomagali volksdeutsche z Ksawerowa i Dobronia.

W połowie września 1939 roku komendant obozów jenieckich w Pabianicach, starszy sierżant Wilm Hosenfeld zwołał naradę niemieckiej komendantury „w sprawie pilnego zaopatrzenia wojsk niemieckich i jeńców”. Hosenfeld, 44-letni weteran Wehrmachtu, z zawodu nauczyciel, to ten niemiecki oficer, który pięć lat później uratował od śmierci głodowej w Warszawie muzyka i kompozytora Władysława Szpilmana – Żyda ukrywającego się w ruinach stolicy. Historię tę opowiada film fabularny „Pianista” Romana Polańskiego (2005 rok), nagrodzony trzema Oscarami.

We wrześniu 1939 roku w liście do żony Wilm Hosenfeld napisał: „To, co widzę w Pabianicach, można jednoznacznie określić jako zbrodnię popełnioną na ludzkości. Chciałbym porwać moją szarą wojskową kurtkę na strzępy”. Komendant Hosenfeld pozwalał, by w każdą niedzielę polscy jeńcy z oflagów maszerowali na modlitwy w kościołach św. Mateusza i Najświętszej Marii Panny. Eskortowali ich uzbrojeni żandarmi. Dla pabianiczan była to okazja, by podrzucać jeńcom jedzenie, opatrunki i lekarstwa.

W Pabianicach Hosenfeld pomógł się ukryć poszukiwanemu przez gestapo księdzu Cieciorze, a w Warszawie ocalił od zagłady kilkudziesięciu żydowskich robotników przymusowych. Dalsze losy Hosenfelda (awansowanego do stopnia kapitana) były tragiczne. W 1945 roku dostał się do sowieckiej niewoli, był torturowany. Radziecki sąd skazał go na karę śmierci, zamienioną później na 25 lat ciężkich robót. Wilm Hosenfeld zmarł w 1952 roku w łagrze pod Stalingradem. Wiele lat później pośmiertnie uhonorowano go izraelskim medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata – jako jedynego niemieckiego żołnierza z drugiej wojny światowej.

1958 rok

W latach 50. zeszłego wieku pabianickie szynki chciała sprowadzać do Stanów Zjednoczonych firma Atalanta Corporation. Jej założyciel, Leon Rubin, był polskim Żydem z przedwojennego Lwowa. Gdy Rubin z rodziną emigrował do USA, na pasażerski statek zabrał prawie 100 kilogramów polskich konserw. Sporo z tego Rubinowie zjedli podczas długiej oceanicznej podróży. Resztę sprzedali Amerykanom w Nowym Jorku. Wtedy zauważyli, że polskie mięso smakuje „tubylcom”. Przedsiębiorczy Leon Rubin natychmiast zwęszył interes, zakładając firmę Atalanta Trading Corporation.

Niebawem do USA dotarł transport konserwowych szynek w puszkach z Polski. Nasze szynki były smaczniejsze i tańsze od amerykańskich, sprzedawały się coraz lepiej. Atalanta szybko stała się dużym importerem europejskiej żywności, a Rubin otworzył biuro firmy w Nowym Jorku przy 17. ulicy, w budynku Varick.

Kolejne transporty puszek „Polish Ham” z pabianicką szynką konserwową popłynęły do USA w 1958 roku. Ale zanim statek handlowy wyszedł z portu w Gdyni, inspektorzy sanitarni z Atalanty wielokrotnie skontrolowali Zakłady Mięsne. Sprawdzali czystość w każdym zakamarku budynków, obserwowali każdą czynność pracowników szynkowni, doglądali przestrzegania amerykańskich norm jakości konserw. Inspekcje sanitarne pojawiały się nawet dwa razy w miesiącu. Były rygorystyczne. Amerykanom towarzyszyli tłumacze z Warszawy.

Pracownicy szynkowni dobierali puszkę do wielkości szynki, jaką dostali do obróbki. Najczęściej sięgali po puszki dwunastofuntowe (około 5,5 kg). Z powodu charakterystycznego kształtu zwali je „mandolinami”. Dziennie puszkowano w Pabianicach 6-10 ton szynek. Po pasteryzacji i serii prób jakościowych puszki z szynkami ładowano na samochody-chłodnie, które brały kurs do portu w Gdyni. Rejs do USA trwał kilka tygodni. Rocznie Atalanta sprowadzała z Polski 70-100 tysięcy ton szynek.

Niedługo po rozpoczęciu eksportu nadeszły pomyślne wieści z USA, gdzie szynkę konserwową „Polish Ham” podano na stół w rezydencji prezydenta Stanów Zjednoczonych – Białym Domu. Wkrótce znane były szczegóły. Otóż prezydent Dwight Eisenhower spróbował polskiej szynki podczas dorocznych targów żywności w Maryland. Plaster „Polish Ham” bardzo prezydentowi smakował. Odtąd szefostwo personelu kuchennego Białego Domu zamawiało polską szynkę na przyjęcia wydawane przez Eisenhowera i jego następcę – Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Nasza szynka (obok pierogów) królowała też na stołach podczas przyjęć w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie.

1973 rok

Przed Bożym Narodzeniem 1973 roku pabianicka kaszanka pomogła w wielkim oszustwie. Sprawcami tego oszustwa były władze Łodzi, a niecnie wykiwanymi – Edward Gierek (pierwszy sekretarz rządzącej PZPR) i Piotr Jaroszewicz (premier). Według relacji uczestników tamtych wydarzeń, Gierek i Jaroszewicz zapowiedzieli przyjazd na uroczyste otwarcie wędliniarni Teofilów przy ul. Traktorowej w Łodzi. Mieli się zjawić 21 grudnia. Obaj zażyczyli sobie spróbować pierwszych teofilowskich wyrobów: kaszanki, kiełbasy i delikatesowych parówek. Sęk w tym, że nowa wędliniarnia, jeszcze bez linii technologicznych, nie zdążyłaby przygotować nawet flaka do kaszanki.

Władze Łodzi wpadły w panikę. Po burzliwej naradzie uznały, że od kompromitacji ocali je… kaszanka z Pabianic. To dlatego, że słynęła z dobrego smaku i była dużo lepsza od łódzkiej. Gierka i Jaroszewicza postanowiono częstować kaszanką pabianicką – jako wyrobem nowej wędliniarni na Teofilowie.

Rozpoczęły się próby smaku, zapachu i wyglądu. Codziennie rano w Zakładach Mięsnych przy ul. Żwirki i Wigury gotowano kilkanaście kilogramów najlepszej kaszy ze świeżą krwią, wątróbką, cebulką i przyprawami. Około południa pęta gorącej kaszanki wożono do Łodzi, na degustacje. Władze smakowały, porównywały, wreszcie oznajmiły: „Na wizytę towarzysza Gierka trzeba przysłać 50 kg równie dobrej kaszanki!”.

21 grudnia przed świtem dostawa była gotowa. Pabianicką kaszanką, udającą kaszankę z Teofilowa, poczęstowano dostojników tuż po uroczystym przecięciu wstęgi. Gierkowi i Jaroszewiczowi bardzo smakowała. Nazajutrz „Dziennik Łódzki” napisał: „W zakładzie, który wybudowano kosztem 166 milionów zł w cyklu skróconym z 32 miesięcy do 20,5 miesiąca, powstają w okresie rozruchu 3 tony wyrobów. W imieniu załogi dyrektor Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Przemysłu Mięsnego, Tadeusz Malarski, stwierdził:
– Obiecaliśmy dać wędlinę na święta, to i daliśmy”. Owszem, dali – ale przywiezioną z Pabianic…

Kilka dni późnej okazało się, że pęto kaszanki, jakie zostało z poczęstunku w Łodzi, Edward Gierek kazał zapakować. Kierowca limuzyny zawiózł je do domu Gierka w Warszawie. Tę kaszankę ze smakiem zjadła na kolację żona pierwszego sekretarza, Stanisława. Dwa dni później telefon z Komitetu Centralnego PZPR zobowiązał władze Łodzi, by regularnie dowożono Gierkom bardzo dobrą „kaszankę z Teofilowa”. Polecenie zostało wykonane, choć znowu z oszustwem. Co tydzień do Warszawy jechała bowiem kaszanka z Pabianic.

(Fot. ZM Pamso)


Jeden komentarz do “100 lat „Pamso” – historia, jakiej nie znacie

Comments are closed.