HISTORIA

Pabianice w 1945: Wszyscy czekali na żołnierzy w baranich czapach

Za PRL, w 1966 roku, w pabianickim tygodniku ukazał się reportaż o ulicy 20 Stycznia – 21 lat od wkroczenia Armii Czerwonej.

„Wojna na tej ulicy trwała bardzo długo. Aż kiedyś w zimie, od strony lasu ukazało się czterech żołnierzy w baranich czapach. Ludzie przez całe lata czekali na ten moment. Wszyscy czekali na żołnierzy w baranich czapach.

20 Stycznia – na pamiątkę

Był mroźny styczniowy wieczór 1945 roku. Czterech żołnierzy z pepeszami, wycelowanymi przed siebie, ostrożnie posuwało się naprzód. Ich buty wyciskały na śniegu podłużne ślady. Liche to były buty, na podeszwach zelowanych kawałkami gumy. Przed murowaną kamienicą podszedł do żołnierzy stary człowiek i ze wzruszeniem jąkał się bez sensu. – Czto wy? powiedział jeden z nich i mocno przygarnął staruszka do siebie. Nie uszli daleko, zginęli od kul niemieckiego karabinu maszynowego. Później nastąpiła denerwująca cisza, która trwała aż do rana. Jeszcze później ich towarzysze broni przez parę dni ciągnęli ulicą ze wschodu na zachód. Zostawiali za sobą na ulicy rozdeptany śnieg.

Relacje mieszkańców, pamiętających te wydarzenia, nie są zgodne. Trudno zresztą w tej chwili ustalić dokładnie miejsce, gdzie na ulicach naszego miasta zginął od hitlerowskich pocisków pierwszy radziecki patrol. Najprawdopodobniej u wylotu dawnej ulicy Leśnej. Zginęli młodzi chłopcy, którzy do ostatnich chwil swego krótkiego życia mieli zawadiacko nasunięte na czoło czapy. Aby jednak na zawsze utrwalić te historyczne fakty ulicy Leśnej nadano nazwę 20 STYCZNIA.

Chleb od mistrza Gołaczewskiego

Od południa zamyka ją ciemna ściana lasu. Wzdłuż chodników ciągną się parterowe domki, poprzetykane miejscami piętrowymi kamienicami. Po pierwszej wojnie światowej tędy prowadził trakt w kierunku Rzgowa. Niektórzy pabianiczanie z ciułanymi przez lata złotówkami wychodzili za rogatki miasta i wzdłuż traktu stawiali drewniane i murowane domki. Z czasem ulica pęczniała, jak ciasto na drożdżach. Część ludzi ustawiła w drewnianych przybudówkach własne warsztaty tkackie. Niektóre z nich jeszcze do dziś terkocą wieczorami.

Od tego czasu wygląd ulicy niewiele się zmienił. Poczerniałe od starości parkany oddzielają podwórka od chodników. Budynki stojące przy ulicy pamiętają jeszcze przedwojenne czasy. I ludzie zostali ci sami, choć przybyło nowe pokolenie, ale to nowe pokolenie wywędrowało do śródmieścia lub innych miast.

Jak dawniej, 21 lat temu, skrzypi śnieg pod nogami. W pobliżu miejsca, gdzie zginął radziecki patrol stoi kiosk z gazetami. Po drugiej stronie ulicy szumi bez przerwy niewielki zakład piekarniczy. Kierownik piekarni – Mieczysław Gołaczewski pracuje w swej branży od 14 roku życia. Po wkroczeniu do Pabianic Armii Czerwonej natychmiast przystąpił do pracy. Miasto potrzebowało pieczywa. Na szczęście były jeszcze jakieś niewielkie zapasy mąki. Jedne z pierwszych bochenków chleba w wyzwolonym mieście ugniatał własnymi rękami mistrz Gołaczewski.

Jedyny taki toast

Jak dawniej mróz szczypie w uszy. Za rogiem, pod ścianą domu czerni się na śniegu rozsypana sterta węgla. Dookoła jest cicho i pusto. W swej historii raz tylko ta ulica przeżywała niezwykłe wydarzenie – dwadzieścia jeden lat temu tętniła życiem, pulsowała rytmem odmierzanym przez oddziały maszerującej piechoty. Dla mieszkańców okolicznych domów są to niezapomniane chwile w ich życiu.

Mariana Szwagrzaka moment wyzwolenia zastał w swoim mieszkaniu. W nocy z piątku na sobotę do drzwi zapukali Rosjanie. Byli zarośnięci i brudni. Pożyczyli od Szwagrzaka brzytwę i kawałek mydła. Później wódką z żołnierskiej manierki wspólnie wypili toast za wolność i wyzwolenie. W mieszkaniu pozostał po żołnierzach zapach machorki i ślady zbitego sukna…

Dzisiaj w mieszkaniu stoją na kredensie rzędy słoików z marynowanymi grzybami. Może i wódka w kredensie się znajdzie, ale nigdy już nie będzie okazji do takiego toastu jak dwadzieścia jeden lat temu.

Niżej na parterze w tym samym domu jest sklep spożywczy. W głębi ulicy punkt apteczny i kiosk z gazetami. Wieczorami świecą się na ulicy elektryczne latarnie. Część jezdni pokryta jest asfaltem.

„Zupa przyjaźni”

Jak na okres dwudziestoletni nie jest to dorobek zbyt duży. Pamiętać jednak trzeba, że ulica 20 Stycznia – to peryferie miasta. Jak dotąd w planach rozbudowy Pabianic nie uwzględniano tych terenów. Dopiero w latach siedemdziesiątych, kiedy wykorzystane zostaną pod budowę rejony śródmiejskie, powstanie w tych stronach tzw. zagłębie budowlane.

Zresztą, dla starych mieszkańców urok tej ulicy ukryty jest właśnie w pokrytych papą kamienicach i ogródkach kwitnących wiosną krzakami bzu i jaśminu. Wieczorami, kiedy księżyc zagląda do kominów ulica jest podobno najpiękniejsza. Dlatego może ludzie z mieszkań, gdzie pełno serwetek i makatek nad kuchennymi piecami, w takie wieczory chętnie wracają do wspomnień, które zostawiły w pamięci trwały ślad.

W murowanym budynku na rogu ulic Brackiej i 20 Stycznia z pokolenia na pokolenie mieszka rodzina Kociszewskich. W dniu wyzwolenia przez bramę w płocie wtłoczono na podwórze polową kuchnię. Koła wycisnęły głębokie koleiny w śniegu. Z menażkami w ręku podchodzili kolejno żołnierze do kuchni po ciepłą strawę. Po pierwszych godzinach radosnego uniesienia żołnierska zupa była najlepszą miarą przyjaźni cywilów i wojska.

Dla dobra kolektywu

Od tego czasu minęło już wiele dni. Jak każe tradycja ulicy, rodzina Kociszewskich pracuje w zawodzie włókniarskim. Codziennie razem z innymi mieszkańcami Kociszewscy, odmierzają kroki w kierunku śródmieścia. Po drodze mijają zakład fryzjerski, gdzie mistrz grzebienia i pędzla z dumą spogląda na ulicę. Do środka rzadko kto tutaj zagląda. Młodzież unika teraz nożyc i maszynki, a starzy niestety, coraz mniej włosów mają na głowie. Czasem po jezdni wolno poczłapie koń, albo przemknie samochód do pobliskiej spółdzielni.

Dziś w rocznicę wyzwolenia, kiedy wielu mieszkańców pozostanie dłużej w śródmieściu na uroczystych akademiach, być może ulica 20 Stycznia będzie jeszcze bardziej niż zwykle pusta. Zmienił się kształt i obraz naszego miasta. Piękny dorobek dwudziestolecia Polski Ludowej nie dotarł jeszcze – ze względów obiektywnych – do ulicy, od której przyszło wyzwolenie. Intensywny i planowy rozmach budowy miasta ma określony kierunek. Ulica 20 stycznia znajduje się poza ramami tych planów, bo miasto ma inne pilniejsze potrzeby.

Dlatego apelujemy do mieszkańców i komitetów domowych: wspólnymi środkami i siłami można dokonać wiele, aby ulica była piękniejsza. Wiosną można zasadzić np. wzdłuż chodników drzewa lub posiać trawę. Dla dzieci można urządzić ogródek jordanowski… Zresztą, pomysłów na pewno będzie wiele. Warto więc, aby i na tej ulicy pozostał ślad inicjatywy społecznej”.

J. Palka i E. Iwanicki (Życie Pabianic, nr 3, 20.01.-26.01.1966, s. 1 i 3; gazeta ze zbiorów Henryka Marczaka)
śródtytuły pochodzą od redakcji


5 komentarzy do “Pabianice w 1945: Wszyscy czekali na żołnierzy w baranich czapach

  1. Aż dziw, że się jeszcze tylu Polaków uchowało w Warthegau, czyli na terenach tysiącletniej Rzeszy, no na szczęście/nieszczęście dla PiSjotów i NOWOCZEŚiNIE POmylonych Żydzi nie uchowali się w Pabianicach, Niemcy ich skutecznie…wytegowali ich nasi Najwięksi Sojusznicy i Dobroczyńcy, czyli Niemcy, co na nas płacą w ramach Unii Europejskiej-przemysł nam przez komuchów zlikwidowaszy w 1989-Komuno! wróć!

  2. W 1945 miałem 1,5 roku i wraz z matką zostałem zbombardowany przez szwabow.w Pabianicach.Bomba uderzyła w maly budynek w którym żeśmy mieszkali.Z sąsiadki na pierwszym piętrze zostały tylko wnętrzności.Ja z matką zostałem przypalony cegłami.Dzialo się to na oczach ojca który szedł po mleko bodajrze z Karnyszewic?Wraz z matką wylądowaliśmy w szpitalu.Po wojnie mieszkałem w Pabianicach na u!ich Konstantyniwskiej.Teraz gdy piszę to mam ,76 lat.Niedawno Bylem na przeswietleniu kręgosłupa i lekarz mipowiedzial.Panie pan mial miał kręgosłup złamany!Pozostałość po nalocie.W 1956 roku wyjechałem wraz z rodziną do Strzegomia.Gdzie mieszkam do dziś.Ojciec mój zawsze mówił.Pamietaj że dzięki Rosjanom zyjesz!!!

Comments are closed.