OPINIE

“To jeszcze nie jest panika, ale zjawisko może się w nią przeistoczyć” [WYWIAD]

Magdalena Hodak: Jedną z reakcji w obliczu zagrożenia koronawirusem jest szturm na sklepy. Czy to rozsądne zachowanie?

Prof.  Andrzej Rychard, socjolog*: To jeszcze nie jest panika, ale zjawisko może się w nią przeistoczyć. Mamy obecnie do czynienia z sytuacją, kiedy to ludzie chcą zredukować poczucie niepewności i obaw. Poczynione zakupy sprawiają, że czują się bezpieczniej. Na poziomie jednostki takie reakcje są racjonalne, ale jeżeli te zakupy rzeczywiście przybrałyby skalę masową, to uderzą w te indywidualne jednostki, która na początku myślały, że są takie sprytne… Na poziomie systemu, w skali makro,  takie racjonalne na pierwszy rzut oka zachowania mogą doprowadzić do nieracjonalnych skutków. Wtedy rzeczywiście może zabraknąć towarów.

A czy niepokoju nie powinno w tej sytuacji zmniejszać po prostu starannie mycie  rąk i przestrzeganie innych zasad higieny? Po co kupować aż tyle jedzenia i papieru toaletowego?

Ale to jest takie rozumowanie: umyłem ręce, ale nic nie widzę, to jest nienamacalne.  Z kolei kupiłem makaron i go widzę, mam obok. Tak to mniej więcej psychologicznie działa.

Co można zrobić, by zredukować takie niepokoje jednostek?

Zaopatrywać sklepy, pchać do nich towar, zapełniać półki, żeby ludzie nabrali pewności, że ten towar zawsze jednak jest. Im bardziej sklepy będą na bieżąco  zaopatrywane, braki usuwane, tym bardziej poczycie niepewności bedzie zmiejszane.  Zdolność do produkcji i do jej powiększania tej produkcji jest w Polsce tak duża, że w sklepach nie powinno niczego zabraknąć.

Jednak jeszcze niedawno brakowało…

Dlatego właśnie jestem daleki od odsądzania ludzi od czci i wiary z tego powodu, że panikują. W Polsce mamy bowiem do czynienia z  tzw. pamięcia społeczną. Pamiętamy, szczęśliwie  miniony system, który był niewydolny. Za PRL-u żywności brakowało, mieliśmy fale zakupowe, artykuły spożywcze były racjonowane.

We Włoszech nietkniętych komuną też jest szturm na sklepy.

Tak, bo to ich pierwsze doświadczenie, a więc jest zaskoczenie. To może być nawet szok, przecież północne Włochy są bogatsze, nie było dotąd takiej sytuacji, że może być problem z zaopatrzeniem, że nie można się swobodnie przemieszczać. Zauważmy, że pamięć społeczna u nas może też zadziałać odwrotnie. Na zasadzie: było trudno, ale przeżyliśmy, więc teraz możemy być spokojni.

Co  jeszcze służy redukowaniu lęków?

Pokazywanie działań władz. Proszę zauważyć, że minister zdrowia prawie nie wychodzi z mediów. Jego rodzaj przekazu jest wyprzedzający. To znaczy nie mówi on, że jak się coś wydarzy, to się będziemy starali. On na samym początku stwierdził, że na razie nie ma przypadków koronowirusa, ale będziemy mieli takie przypadki z całą pewnością. Takie wyprzedzające działania  redukuje niepewność i obawy, ponieważ mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać. Poziom zaskoczenia – jak się uprzedza fakty – jest mniejszy.

Czy media w sytuacji kryzysowej dobrze wywiązują się ze swoich zadań?

Teraz widać, jak wielką rolę publiczną mogą odegrać także media prywatne.  Nieustajaco pojawiają się w nich  bardzo istotne informacje, a także przydatne  instrukcje. Zaznaczmy przy tej okazji, że w Polsce mamy taki trochę spaczony obraz. Mylimy formę własności z misją. Otóż może być tak, że to właśnie media prywatne realizują misję, a bywa, że media publiczne pilnują  interesów prywatnych czy partyjnych.

 

*Andrzej  Rychard polski socjolog, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

(Fot. FB/ Andrzej Rychard)