Po chwilowej przerwie powracam, zaniepokojona dysharmonią, jaka zapanowała w naszym mieście. Owszem, można nie kopać leżącego, ba – nawet można być miłym i uprzejmym, ale tęcza, jaka w ostatnich miesiącach rozpostarła się nad Pabianicami, jest tak jaskrawa, że aż kłuje w oczy. A przecież każda tęcza ma dwa końce i życie nie zawsze jest kolorowe. Nikt nikomu nie dał stołka po znajomości? Nie ma już w Pabianicach biednych i pokrzywdzonych? Urzędnicy przestali popełniać błędy i traktować samorząd, jak prywatny folwark? Nie wierzę!
Jeśli rządzący nie będą mieć nad sobą bata, polityczna patologia będzie się pogłębiać. Ze skromnego doświadczenia wiem, że nic tak nie działa, jak kawał dobrej satyry. Dla obrażalskich przytaczam definicję ze słownika W. Kopalińskiego: „satyra” – aktualny utwór lit., wyszydzający, chłoszczący, ośmieszający indywidualne albo społeczne wady i przywary, zło i bezprawie; ogół utworów tego rodzaju. Dozwolone są zatem ciosy proste i sierpowe, a nawet te poniżej pasa. Hiperbole, komizm, karykatura postaci i rzeczywistości, na dokładkę ukazana w krzywym zwierciadle. Nie będzie dytyrambów i peanów, ale krytyka i piętnowanie negatywnych postaw i zjawisk.
Polityczne układanki są kosztowne dla obywateli-podatników, a tzw. elita trąca marginesem. Gdzie te obiecane miejsca pracy? Może zbudujemy fabryki i znów staniemy się potęgą włókiennictwa – dwa kołowrotki już są. Konieczna jest równowaga sił w przyrodzie, bo w dysharmonii społeczeństwo głupieje. A głupimi i nieświadomymi ludźmi łatwiej jest sterować. Dość już moralnego analfabetyzmu i intelektualnej impotencji.