FAKTY

Paradoks: pabianiccy radni cenzurują w demokratyczny sposób

Czy to normalne, że radni wedle swojego widzimisię decydują, czy mieszkańcy mogą być dopuszczeni do głosu na sesji czy nie?

Niebezpieczne praktyki zakorzeniają się w Radzie Miejskiej, którą kieruje Andrzej Żeligowski. Podczas ostatniej sesji (20 kwietnia) proprezydenccy radni większością głosów zadecydowali, że do głosu nie może zostać dopuszczony Krzysztof Ciebiada, konkurent Grzegorza Mackiewicza w ostatnich wyborach, wiceprzewodniczący sejmiku województwa łódzkiego (PiS).

W majestacie prawa

Wcześniej zdarzyło się, że te same osoby z Koalicyjnego Klubu Radnych Pabianice odmówiły prawa głosu Monice Mosiewicz, która na sesji (8 lutego) chciała wypowiedzieć się o nadgorliwym i sprzecznym z prawem tropieniu przez prezydenta radnego Jarosława Lesmana.

Kiedy jeden z radnych na kwietniowej sesji próbował dociec, dlaczego łamane są podstawowe, demokratyczne prawa do swobodnej wypowiedzi, usłyszał: „Proszę pana, niech mnie pan nie uczy demokracji, bo demokracja zapanowała na tej sali. Było głosowane 15 minut temu, pan tego nie pamięta”.

Faktycznie – w statucie zapisano, że o dopuszczeniu do głosu kogoś spoza rady decydują radni (większością). Z tego punktu widzenia nieudzielenie głosu odbywa się w majestacie prawa i w zgodzie z regulaminem.

Potrzebne jasne kryteria

Dariusz Cymerman był jednym z radnych, który podniósł rękę za niedopuszczeniem do głosu Krzysztofa Ciebiady. W rozmowie z pabianice.tv przyznał, że niezbyt fortunnie się stało: – Zostaliśmy zaskoczeni. Pan Ciebiada tak nagle wyskoczył – usłyszeliśmy.

Dorota Głowacka, prawniczka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka uważa, że głosowanie przez radnych jest lepszym rozwiązaniem niż decydowanie o udzieleniu głosu tylko przez przewodniczącego rady w arbitralny sposób. Ale co z tego, jeśli owa większość narzuca swoje zdanie, eliminując niewygodne opinie czy pytania. W analizowanej sytuacji koalicyjni radni wykorzystują demokratyczny instrument, jakim jest głosowanie, po to by zablokować krytykę ze strony z opozycji.

Co proponuje Głowacka, by tak nie mogło się dziać? Należałoby dodać do przepisów jasne kryteria, by większość w radzie nie działała w arbitralny sposób. Np. głos musi być związany z tematami podejmowanymi na sesji etc.

Jak jest w okolicznych samorządach?

– Nie wyobrażam sobie, by mieszkaniec mógł zostać zablokowany. W porządku sesji mamy nawet punkt „Sprawy różne i wniesione” – mówi Maria Wróbel, przewodnicząca Rady Gminy w Ksawerowie. – A jeśli gość chce zabrać głos w innym punkcie, informuje o tym przynajmniej dzień przed sesją. Tak się przyjęło.

Choć w miejskim statucie jest zapis o tym, że przewodniczący rady MOŻE dopuścić mieszkańca do głosu, to szef rzgowskich rajców Jan Michalak czyta to jako: MUSI. – Nie chcę być posądzony o eliminowanie kogokolwiek w jakimś celu, a więc wszyscy mogą zgłosić swoje bolączki. Pewnie, że sesja trwa dłużej, ale raz w miesiącu możemy w ten sposób wyjść naprzeciw oczekiwaniom naszych wyborców – tłumaczy.

Ciekawy patent na pogodzenie interesów wypracowano w Radzie Gminy Dobroń. Tam na sesji mieszkańcy nie wypowiadają się wcale, ale do woli robią to na komisjach. A co jeśli przyjdą na sesję i zaczynają szturmować mównicę? – Zdarzyło się tak jakiś czas temu. Chodziło o lokalizację masztu – wspomina przewodniczący Mieczysław Serwa. – Na sesję przyszli protestujący. Wtedy zawiesiliśmy obrady i zainicjowaliśmy posiedzenie komisji, by nie łamać ustalonych zasad. Wilk był syty i owca cała.