Czarne chmury zawisły nad placówką przy ul. Kościuszki. Bezdomni wylądują na ulicy?
„Tyle się mówi o bezdomnych, potrzebujących pomocy, a w Pabianicach Urząd Miejski chce zlikwidować jedyną taką placówkę – SCHRONISKO” – napisał na Facebooku Klaudiusz Majtka, prezes Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Pabianicach.
– Wczoraj rozmawiałem z naczelnik Moniką Szewczyk. Dowiedziałem się, że na przyszły rok nie dostaniemy pieniędzy na prowadzenie całodobowego schroniska, a jedynie na noclegownię i to tylko sezonową, na zimę – mówi Majtka.
Powrót na ulicę
Schronisko mieści się przy ul. Kościuszki 22/26. Na dziś przebywają tu 33 osoby. Latem jest ich dwadzieścia kilka, a zimą nawet ponad 60. Rok temu TPBA otrzymało ok. 280 tys. zł od miasta. Wspomagają ich także sklepy, banki żywności itp. Teraz ratusz chce dać 50 tysięcy na noclegownię czynną w okresie zimowym – to oznacza, że bezdomni od godziny 8 rano będą tułać się na ulicach.
– Usłyszałem także, że obiekt przy Kościuszki i tak niedługo nie będzie spełniał wymogów. A o planowanych zmianach w przepisach mówiłem prezydentowi już około dwa lata temu – dodaje Majtka.
Chodzi o zmiany w ustawie o pomocy społecznej, które wprowadzają standaryzację. Jednym z kryteriów jest kryterium metrażowe, które może przyczynić się do zamknięcia wielu schronisk w całej Polsce, ze świetnymi programami naprawczymi i terapeutycznymi. Pabianickie schronisko spełniałoby to kryterium tylko na 15 mieszkańców, a przecież średnio jest ich dwa razy więcej…
Nowe przepisy mają wejść w życie we wrześniu przyszłego roku, więc do tego czasu schronisko mogłoby działać na starych zasadach. Ponadto mówi się, że okres przejściowy ma potrwać do 2020 roku lub dłużej.
Co będzie z bezdomnymi?
– Żyjemy tu jak w małej wspólnocie. Pomagamy sobie, jeden drugiego prowadzi do lekarza – mówią podopieczni zgromadzeni w świetlicy. – Jesteśmy dla siebie jak rodzina. Gdzie my się podziejemy, skoro nie mamy dokąd pójść? A zimą trzeba będzie przesiadywać w marketach, by nie zamarznąć.
To nie tylko schronienie i dom dla bezdomnych. Warunkiem zamieszkania jest abstynencja – podopieczni jeżdżą na zajęcia do pabianickiego szpitala, a dwa razy w tygodniu na Kościuszki zjawia się terapeutka.
– Jeśli ktoś jest w trakcie leczenia i nagle znów wyląduje na bruku, to już po nim – cała praca i wszystkie zainwestowane środki pójdą na marne. Wyciągnie człowieka z dołka trwa tyle, ile w tym dołku spędził – wyjaśnia prezes TBPA Pabianice.
Większość z podopiecznych ma również poważne kłopoty zdrowotne – jest młoda osoba po odmrożeniach; chłopak, któremu po pożarze paprze się rana nogi (zmienia opatrunki, kupuje maści, tabletki); pan Leszek po trzech udarach; inny ma jaskrę i astmę…
– Jak ja ich mogę wypuścić na ulicę? – pyta Klaudiusz Majtka.
***
Jutro o 9 rano prezes TPBA spotka się z prezydentem Grzegorzem Mackiewiczem. Będą rozmawiać o przyszłości schroniska i formie jego dalszego funkcjonowania.
Przeczytajcie także archiwalny tekst, jaki ukazał się w 1. numerze “PabiaNICE”
Podnieśli się po porażce
Jest takie miejsce, gdzie zagubieni dostają drugą szansę. Stworzyli je pracownicy pabianickiego koła Towarzystwa Pomocy im św. Brata Alberta w Pabianicach. Przedstawiamy historie ludzi, którzy znaleźli w sobie siłę i odwagę, żeby zmienić swoje życie.
Dzwonek alarmowy
Przepiłem majątek, rodzinę i znalazłem się na ulicy. Przejechałem praktycznie całą Polskę. Kiedyś wysiadłem na stacji w Pabianicach i zostałem. Pełna zaćma, nie wiadomo było, co dalej ze sobą robić. Wezwano straż miejską, która przywiozła mnie tutaj. Jestem już tu w sumie trzeci rok. Sądzę, że niewielu z nas zamieszkujących tę placówkę miało taki dobry dom jak ten ośrodek.
Trafiłem tu ze względu na swój nałóg – jestem alkoholikiem. Co prawda trzeźwym, siódmy rok abstynencji. Jednak dwa lata temu byłem bardzo bliski tego, żeby sięgnąć po alkohol. Wtedy jeszcze odezwał się we mnie dzwonek alarmowy. Poszedłem do pań terapeutek i uzyskałem pomoc. Jestem pełen podziwu dla nich, bo po wielu godzinach udało im się znaleźć dla mnie miejsce w szpitalu, żeby mnie schować pod kloszem. Udało się i ciągle jestem trzeźwy. Doszedłem wtedy do wniosku, że jestem coś winny tej placówce, dlatego tu jestem. Robię, co mogę, żeby było lepiej. Dojrzałem, żeby pomagać innym.
Jest dla kogo żyć
Wcześniej mieszkałam na Granicznej. Byłam tam siedem miesięcy, pracowałam na kuchni. Odeszłam stamtąd i znów wylądowałam na ulicy. Nie miałam dokąd pójść. Mama zmarła, jak miałam dziesięć lat. Byłam chora, napuchnięta od ciągłego picia. Trwało to przez trzy lata. Piłam z przyrodnim bratem, który zmarł przez alkohol. Gdybym do tej pory z nim piła, nie przeżyłabym. Spałam po klatkach, na dworcach, gdzie się dało. Byłam tak spuchnięta, że nie mogłam już nawet włożyć nóg w buty.
Któregoś dnia straciłam przytomność i zabrało mnie pogotowie. Od tamtego zdarzenia jestem tutaj. Moim marzeniem jest odzyskanie dzieci. Powoli wraca z nimi kontakt. Napisałam do nich list, powysyłałam kartki. Bardzo pragnę się z nimi spotkać, ale wiem, że potrzeba czasu. Wcześniej tego nie dostrzegałam, bo na pierwszym miejscu stała wódka. Trzeba się jakoś trzymać, bo jest dla kogo żyć. Podjęłam terapię i tak, przyznaję się – jestem alkoholiczką. Nie mówi się, że nie będę pić, tylko że nie chcę pić.
Zaświeci słońce
Mam byłą żonę i dwie córki bliźniaczki. Czemu stałem się bezdomnym? Przez własną głupotę. Nadużywałem alkoholu. Ciężko potem jest się pozbierać. Zanim znalazłem się tutaj sześć miesięcy mieszkałem na ulicy. Dowiedziałem się, że istnieje taki ośrodek i zgłosiłem się (dokładnie to pamiętam) dziesiątego grudnia ubiegłego roku. Zostałem, bo kierownictwo podchodzi do nas jak do normalnych ludzi, nie jak do bezdomnych.
Człowiek się pozbiera wtedy, gdy całkowicie upadnie na dno, dostrzega wtedy swoją głupotę. Teraz już powoli staję na nogi, czuję się coraz silniejszy. Z pomocą terapeutek i ludzi z ośrodka wychodzę na prostą. Moim marzeniem jest własne mieszkanie. Jestem po rozmowach z prezydentem, zostałem zapisany w kolejce i teraz czekam. Jestem optymistą, więc myślę, że będzie dobrze. Może kiedyś i dla mnie zaświeci słońce…
Komentarz
Klaudiusz Majtka, kierownik całodobowego schroniska dla bezdomnych przy pabianickiego koła Towarzystwa Pomocy im. Św. Brata Alberta
Św. Brat Albert powiedział: “Trzeba dawać, jeśli nie można dużo, to chociaż mało”. Nie interesuje nas, jaką przeszłość miały osoby zanim do nas przyszły. Ważny jest dla nas dzień dzisiejszy i ich przyszłość. Przychodzą do nas różni ludzie, niektórzy tylko na jedną noc, żeby nie zamarznąć zimą, ale też tacy, którzy szukają domu na stałe. Podstawą pobytu jest zawsze u nas trzeźwość. Nie zawsze to alkohol jest przyczyną bezdomności. Zdarza się też tak, że dopiero gdy człowiek zostanie bez dachu nad głową popada w nałóg. Do każdej osoby podchodzimy indywidualnie. Uważam, że najgorsze jest pozostawienie człowieka samego.